11/ Żywot: Mądrość Katarzyny

92. Ustaliwszy przy pomocy Bożej, co stanowi fundament wiary, przystąpimy obecnie, na ile pozwoli Ten, który jest kamieniem węgielnym, do wznoszenia duchowej budowli. Ponieważ dusze wiernych są ożywione i żyją wzniosłą nauką udzieloną tej świętej Dziewicy przez Stwórcę wszechrzeczy i Nauczyciela, od tego więc zaczniemy. Opowiadała Katarzyna swoim spowiednikom, do których i ja miałem zaszczyt należeć, że w początkach objawień, kiedy sam Pan Jezus Chrystus jej się ukazał, tak do niej powiedział: „Czy wiesz, córko, kim ty jesteś i kim Ja jestem? Kiedy te dwie rzeczy poznasz, będziesz szczęśliwa. Otóż ty jesteś ta, która nie jest. Ja zaś jestem tym, który jest. Jeżeli taką świadomość będziesz nosić w duszy, nigdy nie będzie mógł cię zwieść nieprzyjaciel, unikniesz wszelkich jego sideł, nigdy nie dasz zgody na coś, co jest przeciwne moim przykazaniom, bez trudności posiądziesz wszelką łaskę, wszelką prawdę, wszelką jasność". O słowo krótkie, a przy tym jakże pojemne! O nauko skondensowana, a jednocześnie nieskończona! O niezmierzona mądrości, wyrażona w zwięzłych słowach! Kto mi da, bym cię zdołał pojąć? Kto mi otworzy twoje pieczęcie? Kto mnie poprowadzi, bym wniknął w twoje przepastne głębie? Może ty jesteś ową „Szerokością i Długością, Wysokością i Głębią", o której mówił i marzył Paweł Apostoł, pragnąc, by to pojęli Efezjanie wraz ze wszystkimi świętymi, a może jesteś tym samym, co miłość Chrystusa, „przewyższająca wszelką wiedzę" (Ef 3,18-19)?

93. O, drogi czytelniku, zostań w miejscu, nie przeocz tego niezrównanego skarbu, jaki znajdujemy na polu tej świętej Dziewicy. Dokopujmy się pilnie do głębi, bo widoczne znaki zapowiadają wielkie bogactwa. Nieomylna Prawda mówi: „Jeśli poznasz te dwie rzeczy, będziesz zbawiona". A następnie: „Jeżeli zachowasz tę świadomość w sercu swoim, nigdy nie zdoła cię zwieść twój nieprzyjaciel", itd. jak to wyżej powiedziano. Dobrze, że, tak mniemam, tu jesteśmy. Postawimy tu trzy namioty: jeden na cześć nauczającego Pana Jezusa dla zrozumienia tego, co powiedział, drugi jako wyraz szacunku dla miłości i pobożności Dziewicy Katarzyny i trzeci dla każdego z nas, kto odkrył tę drogę dla zachowania jej w pamięci. I tak będziemy w stanie wykopać duchowe bogactwa i je posiąść, tak że nie będziemy zmuszeni żebrać. „Ty jesteś, powiada, ta, która nie jest". Czy nie jest tak? Każde stworzenie powstało wolą Stworzyciela z niczego. Definicja głosi, że „stwarzać to znaczy uczynić coś z niczego". Tak samo każda rzecz sobie samej zostawiona zmierza ku unicestwieniu, do tego stopnia, że jeżeli na moment Stwórca zawiesiłby swoją podtrzymującą moc, ona przestałaby istnieć. Kiedy człowiek popełnia grzech, który jest brakiem dobra, czyli nicością, człowiek taki zbliża się do nicości. Nie może też sam z siebie czegokolwiek uczynić lub pomyśleć, jak twierdzi Apostoł (2 Kor 3,5). Nie jest to dziwne, skoro nie bierze istnienia z siebie ani go sam nie podtrzymuje. Stąd też woła Apostoł: „Kto uważa, że jest czymś, gdy jest niczym, ten zwodzi samego siebie" (Gal 6,3).

94. Widzisz, czytelniku, jak każde stworzenie jest zanurzone w nicości. Uczynione z nicości, dąży stale do nicości, i przez grzech zamienia się w nicość, jak mówi św. Augustyn: „Nic człowiek nie może uczynić sam z siebie, o czym świadczy sama Prawda wcielona, która powiada: „[...] beze Mnie nic nie możecie uczynić" (J 15,5), nic pomyśleć, jak to już było powiedziane. Jest więc oczywistą prawdą, że człowiek „nie jest". Któż bowiem ośmieliłby się twierdzić, że coś jest, skoro nie jest. Wypływają stąd wnioski bardzo korzystne dla uniknięcia wszelkich grzechów. Wiedza o tym dobrze ci posłuży, ludzie Boży, pouczony przez Ducha Świętego. Jakiż powiew pychy może się dostać do takiej duszy, która wie, że jest niczym? Jak może się dusza chlubić z jakiegokolwiek czynu, który, szczerze mówiąc, nie jest jej? Jak może się ktoś wynosić ponad innych, jeśli w głębi serca czuje, że nie jest? Jakim prawem będzie innymi gardził czy innych nienawidził, jeśli siebie sprowadza do nicości? Czy może dusza chlubić się zewnętrznymi bogactwami, jeżeli wzgardziła własną chwałą? Rzekło Słowo Mądrości wiecznej: „Jeżeli Ja sam siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym" (J 8,54). Podobnie, czy może ktoś dobra zewnętrzne nazywać swoimi, gdy wie sam doskonale, że nie należy do siebie, lecz do Tego, który go uczynił? Dzięki takim rozważaniom, któż w końcu będzie swoją duszę napawał cielesnymi rozkoszami, jeżeli ta codziennie sprowadza siebie do niebytu? I wreszcie, czy będzie się lenić, skoro wie, że to, co ma, nie jest jego własnością, ale Tego, u którego o wszystko musi żebrać? Z tego, co tu w krótkości było powiedziane, możesz czytelniku przekonać się, że wszelkie wady mogą być wykorzenione dzięki temu krótkiemu zdaniu: „Nie jesteś". Niewątpliwie można by jeszcze wiele do tego dodać, ale ucierpiałaby na tym całość podjętego dzieła.

95. Nie możemy oczywiście pominąć drugiej części tego jakże doniosłego zadania. Rzecze mianowicie sama Prawda: „Ja jestem tym, który jest". Czy to jest prawda nowa? Jest nowa i stara. Ten, który ją wypowiedział, skierował ją do Mojżesza z ognistego krzewu. Egzegeci Pisma Świętego szeroko i dokładnie ją komentowali i prawdziwie uczyli, że tylko Bogu z istoty przysługuje być, że od nikogo, tylko od siebie czerpie istnienie, i że nie ma w Nim różnicy między istotą a istnieniem, i tylko Ten, od którego pochodzi każde inne „być", jedyny może powiedzieć: „Jestem, który jestem" (Wj 3,14). I że użyję słów Apostoła: „Nie ma u Niego: być lub nie być, jak u stworzeń, lecz jest u Niego tylko być" (zob. 2 Kor 1,19). Stąd też kazał Mojżeszowi, by ten rzekł: „JESTEM posłał mnie do was" (Wj 3,14). Nie wyda się dziwne, że ten, kto dobrze zrozumiał definicję aktu stworzenia, nie będzie miał trudności ze zrozumieniem tej prawdy o Bogu. Jeśli bowiem stwarzać znaczy uczynić coś z niczego, to jasno stąd wynika, że każde istnienie pochodzi od Stworzyciela i nie może wziąć się skądinąd, ponieważ On jeden jest źródłem wszelkiego bytu. Z tego wypływa prosty wniosek, że stworzenie niczego nie ma z siebie samego, a wszystko od Stwórcy. Natomiast sam Stwórca ma wszystko z siebie, a nie skądinąd, z siebie ma całą nieskończoną doskonałość istnienia, nie mógłby bowiem niczego wyprowadzić z nicości, gdyby nie posiadał w sobie pełni bytu. Kwintesencją tego są słowa, jakimi najwyższy Monarcha i Nauczyciel pouczył swoją Oblubienicę: „Rozpoznaj we Mnie głębią swego serca twojego Stworzyciela, a będziesz szczęśliwa".

96. Coś podobnego czytamy o innej Katarzynie, że kiedy była w więzieniu, przyszedł do niej Bóg, otoczony świętymi i aniołami, i tak do niej przemówił: „Rozpoznaj córko swojego Stwórcę". Z takiego poznania wynika wszelka doskonałość w cnotach i pełny ład w stworzonym umyśle. Tylko człowiek umysłowo chory nie podda się chętnie i z radością Temu, od którego wszystko otrzymał. Któż całym sercem i umysłem nie pokocha tego wspaniałego Dobroczyńcy, dającego wszystko za darmo? Któż nie będzie wdzięcznie rozpalał się miłością ku temu, który bez żadnych uprzednich zasług ze strony stworzeń, lecz wyłącznie dzięki swej odwiecznej dobroci wcześniej je umiłował, niż stworzył? Któż, świadom tego, nie będzie czuł lęku, na myśl, że mógłby obrazić albo w jakiś sposób utracić tak wszechmocnego, ale i groźnego Stwórcę, tego potężnego, ale i cudownego Dawcę, tak gorącego i przemiłego Miłośnika? Któż ze względu na Niego nie będzie gotów znosić wszelkie przeciwności, skoro od Niego otrzymał i otrzymuje tak liczne dobra, a liczy, że je nadal będzie otrzymywał? Któż da się znużyć trudom, pognębić udrękom, jeżeli może podobać się tak wielkiemu i kochającemu Majestatowi? Któż Jego słów, którymi tak łaskawie przemawia do swoich stworzeń, nie przyjmie ze czcią, nie będzie pilnie słuchał i przechowywał skrzętnie w swej pamięci? Któż ochoczym sercem nie będzie wedle swych sił posłuszny Jego przykazaniom? To wszystko razem i w szczegółach wypływa z doskonałego zrozumienia tej właśnie prawdy: „Rozpoznaj córko swojego Stwórcę". Rozpoznaj czytelniku, jaki fundament założył Bóg na początku, jako dar ślubny dla swojej Oblubienicy. Czy to nie wydaje ci się wystarczające dla wzniesienia wszelkiej duchowej budowy, takiej, która oprze się wichrom, i nie da się zwalić ani poruszyć żadnym nawałnicom? Na ile mi Pan pozwolił, położyłem wyżej dla ciebie fundament wiarygodności. Teraz zaś będziesz mógł jasno się przekonać, jaki fundament złożył najwyższy Architekt w umyśle tej Dziewicy, o której mówimy, byś utwierdzony podwójnym fundamentem nie miał żadnych wątpliwości. Stań więc na mocnym i trwałym gruncie zaufania, a nie bądź „niedowiarkiem, lecz wierzącym" (J 20,27).

97. Do tej, jakże cennej, nauki dodał Pan inną, podobnej wagi, która, myślę, z tamtej wypływa. Otóż przy innym objawieniu powiedział: „Córko, myśl ty o Mnie, to Ja będę myślał o tobie". Dostrzegasz tu czytelniku, werset z psalmu 55: „Zrzuć swą troskę na Pana, a On cię podtrzyma, nigdy nie dopuści, by się zachwiał sprawiedliwy" (w. 23). Popatrzmy, jak ta święta Dziewica owe słowa rozumiała. Kiedy ze mną o tym mówiła, powiedziała, że Pan jej nakazał, by ze swego serca usunęła wszelką inną myśl, by swoją wolę jedynie od Niego uzależniła, tak ażeby żadna troska o siebie, nawet dotycząca zbawienia duszy, nie mąciła jej spokoju. Dodał: „Ja będę myślał o Tobie". To tak, jakby ją chciał przekonać. „O nic się córko nie troszcz, o twoje cielesne zdrowie i zbawienie duszy, bo Ja sam, który wszystko wiem, co trzeba, i wszystko mogę, będę się o to troszczył, ty zaś myśl i rozważaj o Mnie, bo w tym leży twoja doskonałość, i twoje ostateczne dobro". Lecz, o niestworzona Dobroci, co Tobie przyjdzie z tego, że Twoja Oblubienica czy jakiekolwiek inne stworzenie będzie o tobie myśleć i rozważać? Czy z tego staniesz się większy? Nie dlatego chcesz, byśmy myśleli i rozważali o Tobie, ale jedynie dlatego, że jesteś Dobrocią i pragniesz ze swojej natury nam się udzielać, i pociągnąć nas wszystkich do siebie.

98. Z tej prawdy ta Pańska Dziewica zwykła wyciąga wniosek, że skoro przynależymy do Boga dzięki sakramentowi chrztu, czy profesji kleryckiej bądź zakonnej, nie powinniśmy w niczym troszczyć się o siebie, ale tylko zabiegać o to, jak podobać się Bogu, któremu oddaliśmy się. Nie należy także na pierwszym miejscu myśleć o nagrodzie, ale myśleć o zjednoczeniu z Bogiem, a zjednoczymy się z Nim tym ściślej więzią miłości, im bardziej będziemy starali się Jemu podobać. Sama zaś nagroda nie dla czego innego jest godna pożądania, jak tylko dlatego, że w doskonały sposób łączy nas z nieskończenie doskonałym Bogiem. Stąd też, kiedy wyrażaliśmy obawę o coś, ja czy któryś z moich współbraci, ona mówiła: „Dlaczego jesteście tak zatroskani o siebie? Pozwólcie działać Bożej Opatrzności. Ona zawsze ma zwrócone na was oczy, chociaż wy się martwicie, i nieustannie troszczy się o wasze zbawienie". Skoro usłyszała od swego Oblubieńca: „Ja będę myślał o tobie", pokładała w nim tak wielką ufność i tak głęboko doświadczała Bożej Opatrzności, że dniem i nocą była przynaglana, by o niej mówić. Stąd też w swojej książce, w długim traktacie i wielu rozdziałach, poświęciła temu tematowi wiele uwagi, o czym sami czytelnicy mogą się przekonać.

99. Przypominam sobie, kiedy płynęliśmy morzem, a było nas wielu, i mężczyzn, i kobiet, około północy kapitan okrętu począł się niepokoić, ponieważ nie było pomyślnego wiatru. Mówił, że znajdujemy się w niebezpiecznym miejscu i że jeżeli powieje wiatr z boku, będziemy musieli płynąć ku odległym wyspom. Gdy to usłyszałem, powiedziałem o tym Katarzynie z jękiem w głosie: „Matko (tak bowiem ją nazywaliśmy), czy zdajesz sobie sprawę, w jakim jesteśmy niebezpieczeństwie?". Na co ona: „Dlaczego niepokoicie się o siebie?". I tak położyła kres mojej skardze i lękowi. Po pewnym czasie powiał wiatr przeciwny, z powodu którego kapitan uznał konieczność powrotu. Kiedy powiedziałem o tym Dziewicy, rzekła: „Niech puści ster w imię Pańskie i płynie, jak Pan powieje wiatrem". Poczęliśmy się cofać, a ona pochyliła głowę i zaczęła się modlić. Nie cofnęliśmy się dalej niż dolecieć może pocisk. Kiedy zmienił się kierunek wiatru i z pomocą Bożą minęła godzina jutrzni, radośni dotarliśmy do portu, śpiewając głośno: „Te Deum laudamus". Opowiedziałem o tym nie ze względu na kolejność wydarzeń, ale na zbieżność materii. Ta druga prawda, o której wyżej była mowa, wypływa konsekwentnie z pierwszej, co potwierdzi każdy myślący człowiek. Jeżeli bowiem dusza uświadomi sobie, że nie istnieje sama z siebie, ale że swoje istnienie ma z Boga, to konsekwentnie swoją ufność pokładać będzie nie we własnym działaniu, lecz w Bogu. To jest to, o czym mówi Psalmista - by „zrzucić swoją troskę na Pana" (55,23). Z tego jednak nie wynika, by poniechać tego, co samemu można zrobić, bo jeżeli ufność w Panu pochodzi z miłości, a miłość z konieczności powoduje w umyśle kochającego pragnienie rzeczy kochanej, to bez działania obejść się nie może. Wynika stąd, że im bardziej ktoś kocha, tym bardziej też będzie działał. Niemniej nie w swoim jako w swoim, ale w działaniu Stwórcy będzie pokładał nadzieję. Doskonale o tym poucza świadomość własnej nicości i pełnia prawdy pochodząca od Stwórcy.

100. Ponieważ do cudownych spraw tej czcigodnej Dziewicy zaliczani szczególnie jej naukę, to do tych j ej pouczeń, o których wyżej była mowa, uważam za celowe dodać jeszcze inne, które zresztą, jak sądzę, wynikają z prawdy wymienionej na początku. Katarzyna często ze mną rozmawiała o warunkach, jakie winna spełnić dusza kochająca swego Stwórcę. Twierdziła, że taka dusza ani siebie, ani nikogo innego nie widzi i nie miłuje, i w ogóle o żadnym stworzeniu nie pamięta. Kiedy prosiłem, by mi to wyjaśniła, rzekła: „Dusza, która widzi swoją nicość i zdaje sobie sprawę, że całe swoje dobro ma w Stworzycielu, pozostawia siebie całkowicie ze swoimi władzami. Tak samo wszystkie stworzenia i cała się zanurza w swoim Stworzycielu, tak że całe swoje działanie skierowuje jedynie ku Niemu, nie poza Nim. Jest świadoma, że wszelkie dobro i wszelka doskonała szczęśliwość z Niego się bierze. A dzięki miłości, która w niej codziennie wzrasta, tak przemienia się niejako w Boga, że nie potrafi o niczym myśleć ani cokolwiek rozumieć, ani kochać, ani pamiętać, bo sam Bóg wypełnia ją całą, stworzenia zaś i siebie widzi tylko w Bogu, i tylko w Nim pamięta o sobie i o nich. Tak jak ten, który cały zanurzy się w morzu, i płynie po falach, nie widzi i nie dotyka niczego, jak tylko wodę i to, co w wodzie się znajduje, a poza wodą nic, chyba że coś do wody wpadnie. Taka właśnie jest uporządkowana i prawidłowa miłość siebie i innych stworzeń. Przy takiej miłości nigdy nie popełni się błędów, ponieważ rządzi nią Boża norma, która nie pozwala, by pragnąć czegoś poza Bogiem, wszystko natomiast dzieje się w Bogu. Nie wiem, czy dobrze wyraziłem myśl, jaką ona mi przekazała, ona bowiem te rzeczy poznała z doświadczenia, jak Doroteusz, wspomniany przez Dionizego, a nie z nauki. Ja natomiast, niestety, w tych rzeczach nieobeznany, mogę tylko w przybliżeniu o nich mówić. Ale ty, czytelniku, zrozum i przyjmij jej nauczanie na miarę laski tobie użyczonej. Jedno wiem - tym lepiej poznasz tę wzniosłą naukę, im ściślej będziesz z Bogiem zjednoczony.

101. Z tego połączenia z Bogiem Mistrzyni Bożej nauki inną prawdę wyprowadzała i nie przestawała jej powtarzać tym, których nauczała dróg Pańskich; że mianowicie dusza złączona z Bogiem ma w sobie tyle miłości Bożej, na ile ma w świętej nienawiści władze zmysłowe. Ponieważ z miłości Bożej z natury rzeczy rodzi się nienawiść grzechu, który obraża Boga, dusza świadoma, że korzeń grzechu tkwi w zmysłach, żywi wobec nich wielką, ale i świętą nienawiść. Usiłuje ze wszystkich sił zniszczyć nie je same, ale zakorzenione w nich źródło zła, czego nie da się osiągnąć bez ujarzmiania zmysłów, i to intensywnego i długotrwałego. I to też nie dokona się, dopóki pozostaną zarodki choćby małych grzechów. Jak to powiedział św. Jan: „Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy" (l J 1,8). Z tej świadomości rodzi się pewien niesmak wobec siebie i ta święta nienawiść, o której wyżej była mowa, oraz pogardzanie sobą. Dzięki temu dusza zawsze ustrzeże się od zasadzek nieprzyjaciela - szatana i ludzi. Nic tak nie zachowa duszy w bezpieczeństwie i mocy, jak owa święta nienawiść, którą chciał wyrazić Apostoł w słowach: „Ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny" (2 Kor 12,10). „O wieczna dobroci Boga, wołała Katarzyna, cóżeś ty uczyniła? Z winy rodzi się cnota, ze słabości moc, z obrazy przebaczenie, z nieupodobania upodobanie. Tę świętą nienawiść, synowie, zawsze w sobie noście. Ona uczyni was pokornymi, w przeciwnościach cierpliwymi, w pomyślności umiarkowanymi, w obyczajach układnymi i miłymi Bogu i ludziom". I dodała: „Biada, ach biada, takiej duszy, w której nie ma tej świętej nienawiści. Jest rzeczą nieuchronną, że tam, gdzie tej nienawiści nie ma, tam będzie królować miłość własna, która jest siedliskiem wszystkich grzechów, korzeniem i przyczyną wszelkie złej żądzy".

102. Te i podobne słowa wypowiadała codziennie do swoich duchowych synów, zalecając im ową świętą nienawiść i obrzydzając miłość własną. Kiedy zauważyła u nich, czy także u innych, jakiś brak w tym względzie, tknięta współczuciem mówiła: „To zrobiła miłość własna, zarzewie pychy i wszelkich wad". O mój Boże, ileż to razy wypominała mi biednemu: „Dołóżcie troski, by wykorzenić z serca miłość własną i w to miejsce posadzić ową świętą nienawiść, bo to jest bez wątpienia królewska droga, po której dochodzi się do wszelkiej doskonałości i usuwa się wszelki błąd". Niestety, muszę wyznać, że ani wtedy, ani teraz nie zdołałem pojąć głębi jej słów i wcielić w życie. Natomiast tobie, drogi czytelniku, radzę, byś sobie stawił przed oczy te dwa państwa, jak je św. Augustyn nazywa w swojej książce: De Civitate Dei, z których jedno jest tworem miłości własnej, posuniętej do odrzucenia Boga, a drugie miłości Boga, prowadzącej do zaparcia się siebie. Łatwiej też zrozumiesz jej naukę, gdy sobie przypomnisz, co Apostoł powiedział, że „moc w słabości się doskonali" (2 Kor 12,9). Usłyszał te słowa z nieba, kiedy prosił o odwrócenie pokus. I konkluduje: „Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa" (2 Kor 12,9). Masz więc podstawy nauki tej świętej kobiety i Dziewicy oparte na solidnej skale prawdy, jaką jest Chrystus, który sam także skałą jest nazwany. Niech wystarczy na teraz to, co podałem z jej nauczania, co sama otrzymała od pierwszej Prawdy i co mnie świeżo przekazała. Tym kończy się ten rozdział. Nie wymaga on dodatkowych świadectw, bo wszystko, co tu powiedziałem, otrzymałem z jej ust. Każdego jednak czytelnika proszę, by zechciał zważyć, w jak wielkiej cenie była ta święta Dziewica u Boga i jak bardzo zasługuje na wiarę, przyobleczona tak wielkim światłem prawdy.

W: Rajmund z Kapui, Żywot..., dz. cyt., Poznań 2010.