15/ Żywot: Początek działalności publicznej

125. Przekonana z całą oczywistością, że jest wolą jej Oblubieńca, by odtąd nawiązywała kontakty z ludźmi, Katarzyna postanowiła tak wśród ludzi się zachowywać, by jej obcowanie z nimi nie było bezowocne, przeciwnie, by było dla nich przykładem cnotliwego życia. Dlatego na początek położyła nacisk na akty pokory, a potem stopniowo na uczynki miłości dla zbudowania bliźnich. Nie zapominała jednak o nieustannej modlitwie i duchu umartwienia. Z pokorą oddawała się służebnym posługom, z radością spełniając takie prace, jak zamiatanie, mycie naczyń, wszystko to, co wiąże się z kuchnią i posiłkiem. Miało to miejsce wtedy, kiedy służąca zachorowała. Podwajała wtedy swoje wysiłki. Usługiwała bowiem chorej i robiła za nią wszystko, co należało do jej roli. I co dziwne, nie opuszczała z tego powodu swoich spotkań z wiecznym Oblubieńcem. Było dla niej naturalną rzeczą w każdym czasie nawiązywać z Nim duchowy kontakt, czemu nie przeszkadzały zupełnie fizyczne zajęcia. Tak jak ogień ze swojej natury wznosi się w górę, podobnie jej duch, rozpalony ogniem Bożej miłości, w taki sam sposób dążył zawsze ku górze, „gdzie przebywa Chrystus, zasiadający po prawicy Boga" (Kol 3,1).

126. Stąd też bardzo często doznawała duchowego zachwytu, który nazywamy ekstazą. Ja i bracia, którzyśmy przez nią byli duchowo zrodzeni słowem życia, z tysiąc razy byliśmy tego świadkami. W miarę, jak jej świadomość koncentrowała się wokół osoby Chrystusa, coraz bardziej odchodziła od zmysłów, a jej ręce i nogi stawały się sztywne, począwszy od palców rąk, które tak mocno przywierały do dotykanych przedmiotów, że łatwiej byłoby je złamać niż oderwać. Oczy się zamykały, szyja stawała się sztywna, że byłoby niemałym niebezpieczeństwem chcieć ją nagiąć. Zdarzyło się, że Łapa, jej matka, nieświadoma tego, co to jest ekstaza, widząc córkę w takim niezwykłym stanie, chciała jej szyję doprowadzić do normalnego stanu. Zaprzestała jednak tego na interwencję świadomej sprawy towarzyszki. Po powrocie do przytomności Katarzyna czuła w szyi taki ból, jakby ktoś ją w nią często uderzał. Mówiła mi święta Dziewica, że gdyby jej matka naginała szyję nieco dłużej, uległaby ona złamaniu. Podczas tych ekstaz, gdy święta Dziewica, jak druga św. Magdalena, była duchem uniesiona w górę, zdarzało się, że i jej ciało unosiło się ponad ziemię. Z pomocą Bożą będzie o tym niżej szerzej
powiedziane.
Teraz zaś przystąpimy do omówienia cudu, który miał miejsce na początku tej ekstazy.

127. Zdarzyło się raz, kiedy Katarzyna, wykonując służebne zajęcia w swoim domu, siedziała przy ogniu i obracała rożen, jej duch rozpalał się ogniem Ducha Świętego, tak że wpadła w ekstazę. Widząc to jej bratowa Lisa, która mi o tym opowiadała, zaczęła sama rożen obracać, pozostawiając ją w ekstazie. Usmażyło się mięso, zjedzono obiad, a Katarzyna nadal trwała w zachwycie. Lisa wykonała wszystkie jej zajęcia, domownicy ułożyli się do snu, a Lisa postanowiła czekać, aż Katarzyna wróci do siebie. Po jakimś czasie poszła do niej, a ta leżała na żarzących się węglach. A było tych węgli dużo, ponieważ potrzebne były do sporządzania tinktur farbiarskich. Lisa, ujrzawszy Katarzynę w takim stanie, krzyknęła: „Ach, Katarzyna cała się spaliła!". Szybko podeszła do niej, ściągnęła z węgli i ze zdumieniem zauważyła, że ani ciało, ani ubranie nie zostało przez ogień tknięte, w ogóle nie było śladu przypalenia ani swądu. Co więcej, nawet popiół nie przywarł do ubrania, mimo że jak się okazało, Katarzyna musiała tam leżeć parę godzin. Czy zdajesz sobie sprawę, czytelniku, jak wielka musiała być moc tego wewnętrznego ognia, jaki płonął w duszy tej świętej Dziewicy, skoro potrafił odebrać moc ogniowi naturalnemu. Czy nie widzisz w tym powtórzonego cudu z Trzema Młodzieńcami? Ten cud z ogniem miał miejsce zresztą nie ten jeden raz.

128. Otóż kiedy w kościele Braci Kaznodziejów w Sienie Katarzyna siedziała przy jednej z kolumn, przy której była figura któregoś ze świętych, a obok palące się świece, jedna ze świec wywróciła się i upadła na głowę świętej i tam cała się wypaliła, a mimo to ani głowa nie doznała szkody, ani welon się nie spalił, ani nawet nie było na nim śladu po ogniu. Ponieważ wosk całkiem się wypalił, tak że płomień musiał zgasnąć, wyglądało na to, jakby świeca nie upadła na głowę, ale na żelazo albo twardy kamień. Było wielu świadków tego wydarzenia, którzy mi potem o tym mówili. Jedną z nich była Lisa, druga Alekja, trzecia Franciszka. Żyje z nich tylko Lisa. Pozostałe dwie zmarły szybko po zgonie swej mistrzyni. Poza tymi cudami nieraz się zdarzało w różnych stronach świata, szczególnie wtedy, kiedy dzięki łasce Bożej zbierała obfitsze owoce swego apostolstwa, że odwieczny wąż, który jej nienawidził, za dopuszczeniem Bożym wrzucał ją do ognia w obecności wielu jej synów i córek w Chrystusie. Kiedy obecni z płaczem i szlochem usiłowali ją z ognia wyciągnąć, ona z uśmiechem na twarzy wychodziła sama, nie mając ani na ciele, ani na sukni żadnego śladu spalenizny. Mówiła wtedy: „Nie bójcie się, to jest Malatascha". Tak bowiem nazywała diabła, który jest złym workiem dusz. W tamtym regionie mały worek nazywa się „Tascha". Opowiadał mi jeden z synów Neriusza Landocei ze Sieny, że razem z wieloma osobami obojga płci był dwa razy świadkiem tego rodzaju cudu. A ponieważ wiódł życie w celibacie i prawie pustelnicze, i długi czas go znałem, daję więc wiarę jego słowom.

129. To samo zaświadcza niejaki Gabriel de Piccolomini ze Sieny, twierdząc, że był przy tym obecny. Dodaje, że kiedy przy łóżku świętej Dziewicy, która w nim leżała chora, znajdował się wielki garnek gliniany pełen żarzących się węgli, odwieczny nieprzyjaciel z taką siłą cisnął ją głową na te węgle, że naczynie rozbiło się na drobne kawałki, jednakże ani jej głowa, ani welon nie doznały szkody od ognia ani siły uderzenia. Co więcej Katarzyna sama się podniosła, wyśmiewając prześladowcę i powtarzając Mala-tascha. Podobne rzeczy czytamy w żywotach ojców o Eufraksji. Nie ma się co dziwić, że pozwalał Bóg na takie rzeczy, gdy chodzi o jego Oblubienicę, jeżeli pozwolił na to, by duch wyniósł jego Jedynego Syna na szczyt świątyni i na wyniosłą górę. Przeskoczyłem, wyznaję, czytelniku, z początku na koniec, ale tożsamość tematu skłoniła mnie do tego. Nie będę musiał dzięki temu wracać do cudów, jakie Pan zdziałał z żywiołem ognia.

130. Powróćmy do toku naszej historii. Święta Dziewica, pouczana, przynaglana przez najwyższego Mistrza, z dniem każdym postępowała w duchowej mądrości. W ukwieconym łożu doświadczyła uścisków niebieskiego Oblubieńca, a potem schodziła w dolinę porosłą liliami, by stać się bardziej płodną. Nie opuszczała ani nie pomniejszała jednego dla drugiego. To jest właśnie najwyższa doskonałość, coś więcej niż sama choćby doskonała miłość. A chociaż miłość była u niej korzeniem i przyczyną wszystkich jej działań, to dzieła miłości wobec bliźniego brały górę ponad wszystkim innym. Te zaś dzieła były dwojakiego rodzaju, tak jak i bliźni ma w sobie podwójną naturę: duchową i cielesną. A po­nieważ według porządku natury przechodzi się od tego, co mniej doskonałe, ku temu, co doskonałe, stąd też najpierw będziemy mówili o uczynkach miłości co do ciała, a potem co do duszy. To drugie może się wydać trudne, chociaż nie sądzę. Ponadto, to pierwsze ze względu na odrębność faktów trzeba podzielić na dwie grupy: takie, które wykonywała wobec chorych; i takie, któ­re dotyczyły potrzeb materialnych. W tym drugim wypadku jej uczynki miały w sobie coś nadzwyczajnego, graniczyły z cudem. Następny więc rozdział będzie najpierw mówił o nadzwyczajnych faktach, jakie miały miejsce przy udzielaniu pomocy materialnej potrzebującym, a potem o szczególnej miłości, jaką świadczyła chorym. I tak kończę ten rozdział, nie będę jednak wymieniał tu­taj świadków, którym zawdzięczam niektóre wiadomości, bo już to zrobiłem, podając ich imiona.

W: Rajmund z Kapui, Żywot..., dz. cyt., Poznań 2010.