17/ Żywot: Cuda, które uratowały życie lub zdrowie cielesne bliźnich

241. Opowiem o czymś drogi czytelniku, co w naszych czasach wyda się zdumiewające, nie sprawia jednak trudności temu, u którego nic nie jest niemożliwe. Otóż Lapa, matka świętej Dziewicy, o której wyżej często mówiłem, choć była kobietą wielkiej prostoty i skromności, to jednak w owym czasie o dobrach niewidzialnych nie miała wielkiego pojęcia, stąd też myśl o odejściu z tego świata była dla niej odrażająca, jak to się niżej pokaże. Zdarzyło się, że po śmierci męża zapadła na poważną chorobę, która z dnia na dzień się wzmagała. Widząc to, święta Dziewica uciekła się do właściwego sobie sposobu - do modlitwy, kołacząc nieustannie do Pana, by tej, która ją wydała na świat i wykarmiła, zechciał przywrócić zdrowie. Otrzymała z nieba odpowiedź, że byłoby dla niej korzystniej, gdyby teraz umarła, niż gdyby miała oglądać przeciwności, które ją czekają. Słysząc to, Dziewica udała się do matki, i delikatnie zaczęła ją przygotowywać do tego, że jeżeli Pan zechciałby ją do siebie teraz zabrać, powinna bez żalu poddać się Jego woli. Matka, uwikłana zbyt w sprawy tego świata, ze strachem słuchała słów córki i prosiła, by wstawiła się do Pana o zdrowie ciała, a nie mówiła jej o śmierci.

242. Oblubienica Chrystusa, przeżywając wewnętrzną walkę, gorąco błagała Pana, by nie pozwolił jej matce odejść z tego świata, zanim nie pogodzi się z wolą Bożą. To poddanie się Bogu pewnym sensie miało tutaj miejsce, zgodnie z pragnieniem Dziewicy, bo chociaż choroba matki się wzmagała, do śmierci nie dochodziło. Katarzyna stała się pośredniczką między Bogiem a matką. Boga prosiła, a matkę podtrzymywała na duchu. Do Boga się modliła, aby Łapy wbrew jej woli nie zabierał z tego świata, a na nią wpływała, aby podporządkowała się planom Bożym. A ponieważ w jakimś sensie swoimi modlitwami wiązała Wszechmogącego, nie mogła chorej duszy swojej matki nakłonić
przez swe napomnienia. Sam więc Pan tak przemówił do swej Oblubienicy: „Powiedz swojej matce, że sama nie chce teraz opuścić swego ciała, ale przyjdzie czas, że będzie bardzo pragnęła śmierci, a ta nie przyjdzie". Sprawdziło się to na moich oczach i w wypadku innych świadków, tak że nie da się tej prawdy w żadnej mierze podważyć. Aż do późnej starości spotykały matkę przeróżne przeciwności ze strony ludzi, których kochała, rzeczy, do których była przywiązana, tak że zwykła się skarżyć: „Czyżby na złość umieścił Bóg duszę w moim ciele, że nie może z niego wyjść? Tylu synów i córek, tylu wnuków różnych pomarło, tylko ja umrzeć nie mogę, by cierpieć i znosić tyle udręk".

243. Wracając do tego, cośmy zaczęli, kiedy tak zatwardziało się serce Lapy, że nie chciała się spowiadać ani myśleć o lekarstwach dla swej duszy, zechciał Pan wobec swej Oblubienicy okazać się wspanialszym, odmawiając jej prośbom, niż wtedy, kiedy je spełniał. Bo kiedy na jej prośby odwlekał śmierć matki, by okazać, w jakiej cenie u Niego jest święta Dziewica, tak teraz dopuścił, by Łapa bez spowiedzi popadła w czasową śmierć. Na ten widok święta Córka podniosła oczy ku niebu i ze łzami zawołała: „Ach, Panie Boże mój, gdzież są Twoje obietnice, jakie mi dałeś, że nikt z tego domu nie zginie? Czy to jest także to, co mi obiecałeś, że mojej matki nie zabierzesz z tego świata nieprzygotowanej? A oto odeszła bez sakramentów. Na wszystkie Twe miłosierdzia Cię zaklinam, byś mi takiego zawodu nie sprawiał. Nie odejdę stąd, dopóki mi nie przywrócisz żywej matki". Były przy tym obecne trzy niewiasty ze Sieny; których imiona niżej są podane. Były one świadkami, jak Lapa wydała ostatnie tchnienie, ciało jej, którego dotykały, nie objawiało znaków życia. Nie podejmowały innych działań, czekając aż Katarzyna skończy się modlić. Podobnie jak zatrzymali się ci, co nieśli mary, gdy Zbawiciel ich dotykał, tak i one trwały nieruchome, gdzie Dziewica się modliła, a Zbawiciel dokonywał cudu. Cóż mam jeszcze dodać? Im dłużej modliła się Dziewica i krzyżem duszy przenikała granice nieba, tym bardziej przed obliczem Najwyższego jawiła się udręka jej serca i jej gorące i pokorne łzy, które obficie wylewała. Czy było możliwe, by taka modlitwa pozostała daremna? Wysłuchał jej Pan wszelkiej pociechy i miłosierdzia. Na oczach obecnych ciało Łapy poczęło w jednej chwili się poruszać, wrócił oddech, mogła swobodnie wykonywać zwyczajne zajęcia. Żyła jeszcze do osiemdziesięciu dziewięciu lat. Doznawała jednak rozlicznych przeciwności, jak to jej Pan przez jej córkę zapowiedział.

244. Świadkami tego cudu były: Katarzyna Getti, Angchina Wannini, obecnie Siostry od Pokuty św. Dominika oraz Lisa, krewna Dziewicy, synowa Lapy. Wszystkie one mieszkają w Sienie. Były one świadkami długotrwałej choroby Lapy, jej śmierci, martwego ciała, modlącej się Dziewicy. Zapamiętały także jej słowa: „Panie, gdzież są Twoje obietnice, jakie mi dałeś", i w końcu po jakimś czasie ujrzały, jak martwe dotąd ciało poruszyło się i odzyskało życie, i mogło potem wykonywać wszystkie zwyczajne czynności. Gdy chodzi o resztę jej życia, znalazłoby się z tysiąc i więcej świadków. Z tego wszystkiego możesz, dobry czytelniku, wyciągnąć wniosek, w jakiej cenie u wszechmogącego Pana była ta święta Dziewica, skoro wyprowadziła z kar czyśćca duszę swojej rodzicielki, a jej ciało już martwe przywróciła do normalnego życia. Byś jednak nie myślał, że cud dotyczył tylko jej ciała, posłuchaj, co działo się potem, byś z tym większą wiarą ten cud przyjął. Zwróć uwagę na słowa Pana, jakie wyrzekł do Dziewicy, a o czym dowiedziałem się od niej na spowiedzi. O innych sprawach dowiedziałem się z pism brata Tomasza, jej pierwszego spowiednika, często już wspominanego. Podaje on tam, że ten cud miał miejsce w roku Pańskim 1370, w październiku, w obecności wspomnianych świadków. Pragnę jeszcze o czymś jednym opowiedzieć, o czym dotąd nikt nie wiedział, a czego ja byłem świadkiem i Pan, który dokonał cudu.

245. Zdarzyło się to około roku 1374, w każdym razie przed 1380, to znaczy obecnym, że z woli przełożonych przebywałem w konwencie sieneńskim, gdzie spełniałem rolę lektora. W tym czasie podczas mojej nieudolnej służby Bogu nadeszła plaga morowego powietrza, które za naszych czasów tak często spadało na świat, a teraz nawiedziło także Sienę. Ludzi obojga płci, każdego wieku, kosiła śmierć, i to w ciągu jednego dnia, dwu albo trzech, co ludzi utrzymywało w nieustannym lęku. Z troski o duszę, do czego powołany został nasz zakon, i w którym złożyłem swoje śluby, byłem zobowiązany wystawić swoje życie na niebezpieczeństwo, jeżeli tego będzie wymagało dobro dusz. Z tej to przyczyny za dnia i w nocy odwiedzałem domy, w których przebywali chorzy, a wśród nich także dom Matki Bożej Miłosierdzia, który przyjmował chorych. Przełożonym tego domu był wówczas niejaki Mateusz, człowiek dotąd żyjący, nadzwyczaj szlachetny i cieszący się dobrą sławą, a świętej Dziewicy bardzo oddany. Dla jego przymiotów ja sam darzyłem go szczególną miłością i darzę także dzisiaj. Odwiedzałem go codziennie, spotykając się z chorymi, a także ze względu na naszą przyjaźń".

246. Pewnego rana, kiedy po mszy konwentualnej poszedłem odwiedzać chorych, tych zwłaszcza, którzy nowo przybyli w rzeczonym domu Miłosierdzia, zobaczyłem, jak bracia i klerycy nieśli na rękach owego Mateusza jakby martwego. Twarz jego straciła zwykły kolor, nie mógł się poruszać ani mówić, tak że nie zdołałem nawiązać z nim kontaktu. Zwróciłem się wtedy do tych, co go nieśli i otaczali, z pytaniem, co mu się stało? Powiedzieli mi, że w nocy o siódmej godzinie, kiedy czuwał przy jednym chorym, zaraził się dżumą, co szybko doprowadziło go do obecnego stanu. Dowiedziawszy się o tym, smutny towarzyszyłem niosącym go do jego mieszkania. Gdy ułożyli go na łóżku, wrócił do przytomności, przywołał mnie, chcąc się wyspowiadać, co zresztą często czynił. Po spowiedzi zapytałem go, co mu dolega. Powiedział, że odczuwa w brzuchu tak nieznośny ból, jak gdyby biodra mu się rozdzierały, poza tym bardzo boli go głowa. Ma wrażenie, jakby na cztery części była dzielona. Zbadałem jego tętno i stwierdziłem, że ma wysoką gorączkę. Poprosiłem obecnych, aby jak najszybciej dali lekarzom do zbadania jego mocz. Chodziło o wybitnego lekarza, a przy tym bardzo troskliwego, zwanego magister Sensus, do którego i ja rychło się udałem. Lekarz po analizie moczu potwierdził, że mój przyjaciel zaraził się dżumą, powiedział też, że wszelkie znaki wskazują na to, iż grozi mu śmierć. I dodał: „Ta ciecz wykazuje burzenie się krwi w wątrobie, co jest znakiem dżumy, dlatego lękam się, że dom Miłosierdzia zostanie osierocony i to szybko przez jego kierownika, tak dobrego". Na to ja: „Czy sztuka medyczna jest w stanie w jakiś sposób mu pomóc?". Odpowiedział: „Będziemy się starali następnej nocy oczyścić jego krew przy pomocy soku z łodygi kasji, ale wątpię, czy mu to pomoże, choroba jest bardzo poważna".

247. Po tych słowach lekarza odszedłem smutny, udając się do domu chorego, w myśli jednak stale błagałem Pana, by tak przykładnego człowieka i zatroskanego o zbawienie bliźnich zechciał zachować przy życiu. Tymczasem święta Dziewica, dowiedziawszy się o chorobie swojego Mateusza, którego dla jego cnót szczególną darzyła miłością, i jakby urągając jego chorobie, przyszła do niego i już z daleka zaczęła wołać: „Wstawajcie panie Mateuszu, wstawajcie! to nie czas, by się na łożu wylegiwać". Na ten głos Dziewicy w jednym momencie opuściła go gorączka i pozostałe objawy choroby, jak i sam ból, tak że z uśmiechem wstał z łóżka i świadom, że w Dziewicy zadziałała moc Boża, odszedł uradowany. Odeszła również Dziewica, unikając ludzkiego poklasku. Kiedy jednak weszła do domu, przypadkiem i ja tam się znalazłem, smutny, bo nie wiedziałem o tym, co zaszło. Ujrzawszy Dziewicę, z bólem serca i z wyrzutem rzekłem: „Czy pozwolisz, moja Matko, by ten człowiek, tak nam drogi i potrzebny, miał umrzeć?". Na to ona, niby nieświadoma tego, co się stało, pokornie i jakby wystraszona zapytała: „Cóż wy powiadacie? Czy to ja mam być za Boga, by śmiertelników wybawiać od śmierci?". Wtedy ja z pewną złością dyktowaną bólem rzekłem: „Mów to komu chcesz, ale nie mnie, który znam twoje tajemnice. Ja wiem, że o cokolwiek z serca będziesz prosić Boga, to otrzymasz". Wtedy ona, skłoniwszy głowę i z lekkim uśmiechem rzekła: „Bądźcie dobrej myśli, tym razem jeszcze nie umrze".

248. Ucieszyłem się na te słowa, poznałem bowiem, że Boża moc została jej z nieba udzielona. Zaraz też udałem się do chorego, którego zastałem siedzącego w łóżku i który z wielką radością opowiedział mi o cudzie zdziałanym przez Dziewicę. Kiedy mu powiedziałem, że mam obietnicę od niej, że z tej choroby nie umrze, on odrzekł: „To nie wiecie, że będąc u mnie osobiście, uleczyła mnie z tej choroby?". Odpowiedziałem, że nie, i że nic mi na ten temat nie mówiła, wtedy on sam, wstawszy z łóżka, już całkiem zdrowy i uśmiechnięty, opowiedział mi wszystko, o czym wyżej napisałem. I cóż dalej? By uczcić ten cud, przygotowano ucztę, do której zasiedliśmy razem z Mateuszem, na której spożywaliśmy potrawy niepodawane chorym, ale zdrowym i silnym, mianowicie jarzyny z surową cebulą. On jadł razem z nami, gdy jeszcze tego ranka nie mógł nawet jeść dietetycznych pokarmów. Stał radosny i uśmiechnięty, a rano nie mógł nawet słowa wymówić. Dziwiliśmy się wszyscy, radowali i wielbili Pana, który przez swoją Oblubienicę udzielił tak wielkiej łaski, a ją samą podziwialiśmy i rozmawiali na jej temat. Świadkiem tego cudu był także brat Mikołaj ze Sieny z Zakonu Braci Kaznodziejów, który jeszcze żyje i był ze mną owego ranka obok wyżej wspomnianych. Trzeba także do nich doliczyć kleryków i kapłanów i innych, w sumie około dwudziestu i więcej osób. Oni wszyscy mieszkańcy tego domu na ten cud własnymi oczyma patrzyli. Weź to, proszę, czytelniku, pod uwagę, by cię nie zwiedli ci, którzy są niedowiarkami i mają nieokrzesane serce.

249. Ponieważ może ci, których serca Bóg nie dotknął, powiedzą: „Cóż wielkiego, jeśli uzdrowiony został jeden człowiek, choćby z największej choroby? Każdego dnia siłami natury to się dzieje". Odpowiem pytaniem: Czy nas zadziwia, że Pan uleczył teściową Piotra, cierpiącą na wysoką gorączkę, jak o tym świadczy Ewangelista? Jeżeli w oparciu o siły natury ludzie bywają uzdrawiani z największej nawet gorączki, to dlaczego Ewangelista mówi o cudzie? Zwróć uwagę niedowiarku na to, co Ewangelista chciał przekazać: „Stanąwszy nad nią, rozkazał gorączce, i opuściła ją. Zaraz też wstała uzdrowiona i usługiwała im" (Łk 4,39). W tym jest cud, że na rozkaz Pana bez żadnej zwłoki i bez użycia naturalnych środków ustąpiła gorączka. A chora tak bardzo gorączkująca bez niczego wstała. Tak też i w naszym przypadku widzisz jasno, chyba że cierpisz na ślepotę umysłu, jak ta święta Dziewica, w której sercu Pan mieszkał, ten sam, który uleczył teściową Piotra, stanęła i to nie blisko, lecz z daleka i nakazała nie tylko gorączce, ale i dżumie, i to bez użycia jakiegoś naturalnego środka, by chorego Mateusza opuściły. A on zaraz wstał i bez szkody zajadał z nami jarzyny i cebulę, jakby nigdy nie chorował. Otwórz więc oczy serca i „nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym" (J 20,27).

250. Skoro była mowa o domu Miłosierdzia, wypada powiedzieć o jednym jeszcze cudzie, jaki się zdarzył w pobliżu tego domu, a którego dokonała święta Dziewica jeszcze wcześniej od wyżej opisanego. Dowiedziałem się o nim, kiedy przebywałem w tym domu od wspomnianego Mateusza. Mówił mi także o nim brat Tomasz, wielokroć cytowany. Otóż opowiadali mi oni, jak również prawie wszyscy znający Katarzynę, że w okolicy mieszkała pewna pobożna kobieta, która jeśli mnie pamięć nie myli, nosiła habit Sióstr od Pokuty św. Dominika. Słysząc i widząc cnoty Katarzyny, weszła do ścisłego grona jej przyjaciół. Chętnie słuchała jej nauk, naśladowała przykłady, ze czcią się do niej odnosiła. Zdarzyło się pewnego dnia, kiedy znajdowała się na tarasie swego domu, że pod jej ciężarem taras ten się zawalił i owa kobieta doznała bardzo poważnych obrażeń. Kiedy przybiegła sąsiadka, by ją wyciągnąć spod zwaliska, kobieta robiła wrażenie martwej albo bliskiej śmierci. Jednakże z pomocą Bożą udało sieją żywą ułożyć na łóżku. Odzyskawszy przytomność, zaczęła odczuwać wielki ból w członkach, co manifestowała krzykiem i jękiem. Wezwano lekarzy, użyto możliwych leków, ona jednak nie była zdolna sama się poruszać. Nieustannie doznawała bólu w członkach.

251. Kiedy dowiedziała się o tym święta Dziewica, udała się do niej i z wielkim współczuciem pocieszała ją jak swoją siostrę i domownicę. Kiedy jednak wyczuła, jak bardzo chora cierpi, poczęła rękami dotykać miejsc bolących. Ta z wdzięcznością to przyjmowała, licząc, że tylko dobro może wyniknąć z tego kontaktu. W rzeczy samej pod dotykiem rąk ból zaczął ustępować i w końcu całkiem ustąpił. Chora prosiła jeszcze, by chore miejsca Katarzyna pokryła maścią. Wtedy zupełnie z całego ciała uszły wszelkie bóle. Gdy to się stało, chora, która dotąd nie mogła się sama poruszyć, teraz zaczęła się w różne sposoby obracać i pokazywać na oczach obecnych dowody odzyskanego zdrowia. Milczała jednak o tym aż do śmierci Katarzyny, by nie niepokojono jej w jej pokorze. Potem jednak wszystkim opowiadała, lekarzom i bliskim: „Katarzyna, córka pani Lapy, uzdrowiła mnie swoim dotknięciem". Wszyscy się dziwili i wielbili Stwórcę, że takiej mocy udzielił Dziewicy Katarzynie. Było bowiem dla niech jasne, że owo uzdrowienie mogło pochodzić tylko z Bożej mocy. O tym cudzie dowiedziałem się z opowiadań innych, bo miał on miejsce wcześniej, zanim Katarzynę poznałem i zanim zamieszkałem w Sienie. Przejdziemy teraz do tych wydarzeń, których sam byłem świadkiem.

252. Podczas trwania zarazy, o której już wyżej wspominaliśmy, pewien pustelnik świątobliwy, od dłuższego czasu wiodący ubogie i chwalebne życie w Sienie, został dotknięty chorobą. Katarzyna, dowiedziawszy się o tym, postarała się, by go z pustelni znajdującej się poza miastem przeniesiono do wspomnianego domu Miłosierdzia. Ona sama z towarzyszkami go odwiedzała i troszczyła się, by miał wszystko, co potrzebne dla leczenia chorego. Raz pochylając się nad nim, szepnęła mu do ucha: „Nie lękaj się, gdy choroba będzie ci się dawała we znaki, tym razem jeszcze nie umrzesz". Nam jednak, którzyśmy ją prosili, by się modliła o jego zdrowie, nie dawała jasnej odpowiedzi, robiła raczej wrażenie, że tak jak my ma wątpliwości co do jego życia, co nas tym bardziej zasmucało i współcierpieliśmy z tym świątobliwym mężem. A tymczasem choroba się wzmagała z godziny na godzinę, tak że już zwątpiliśmy o jego życiu, a modliliśmy się o zbawienie duszy. W końcu, gdy siły żywotne już całkiem go opuściły i czekaliśmy tylko na jego śmierć, nadeszła Dziewica Pańska i jak poprzednio szepnęła mu do ucha: „Nie lękaj się, nie umrzesz". Chory, jakkolwiek zdawał się być pozbawiony zmysłów, zrozumiał, co do niego mówiła, i bardziej jej słowom wierzył niż śmierci, która nastawała. I oto stało się, że słowa Dziewicy zwyciężyły prawa natury i moc Boża, pewniejsza od wszelkich ludzkich doświadczeń, przywróciła do zdrowia ciało już prawie obumarłe.

253. Podczas gdyśmy wyczekiwali chwili, gdy wyzionie ducha, i przygotowywaliśmy to, co potrzebne do pogrzebu, minął czas, w którym umierali zazwyczaj ci, co byli zarażeni tą chorobą. W tym wypadku przeciągnął się ten czas. Na koniec gdy przyszła Dziewica i powiedziała do chorego: „Nakazuję ci w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, żebyś nie umierał", wnet duch wrócił do ciała i ożywił je, chory wstał z łóżka i prosił o posiłek. I tak w krótkim czasie został uzdrowiony. Żył jeszcze przez długie lata, także wtedy, gdy święta Dziewica rozstała się z ciałem i długo potem. Ten człowiek nazwany za życia Świętym, bratem Świętym, po swoim wyzdrowieniu powtarzał nam słowa, które Katarzyna szeptała mu do ucha, i jak odczuwał jej moc, która zatrzymywała w nim duszę, pragnącą opuścić jego ciało. Wszystkich zapewniał, że żadna naturalna siła nie przywróciła mu zdrowia, jak tylko Boża potęga. Dodawał jeszcze, że nie uważa tego cudu za mniejszy, niż gdyby był wskrzeszony z martwych. Świętość jego życia, jak i naturalna roztropność pozwalają dawać mu wiarę nie tylko zresztą w tym, żył bowiem w Sienie jako pustelnik trzydzieści sześć lat lub mniej więcej tyle, a wiódł życie bez zarzutu i był dla swych cnót u wszystkich w wielkim poważaniu.

254. Nie mogę pominąć milczeniem innych jeszcze uzdrowień, dokonanych przez świętą Dziewicę, których sam byłem przedmiotem. Jak już wcześniej mówiłem, podczas trwania epidemii w Sienie postanowiłem dla zbawienia dusz wystawić się na niebezpieczeństwo śmierci i nie unikać żadnego chorego, mimo że choroba była zaraźliwa i to przez powietrze. Biorąc jednak pod uwagę, że więcej może Chrystus niż Galen, a łaska więcej
niż natura, licząc się także z tym, że skoro wielu opuściło ten teren, dusze opuszczające ciało pozostaną bez pomocy, z miłości, która każe kochać bardziej dusze bliźniego niż własne ciało, w czym zresztą utwierdziła mnie święta Dziewica, zdecydowałem się odwiedzać wszystkich chorych, by nieść im duchową pomoc, w czym, dzięki pomocy Bożej, wytrwałem do końca. Ponieważ jednak w tak wielkim mieście byłem sam, brakowało mi czasu na posiłek i sen. Gdy chciałem choć trochę odpocząć, zaraz ktoś
przychodził i wyciągał mnie z domu. Pewnej nocy, gdy przerwałem sen, aby odmówić modlitwy, odczułem silny ból w brzuchu, ręką wyczułem obrzęk. Przeraziłem się, nie myślałem już o wstaniu z łóżka, lecz zacząłem myśleć o przygotowaniu się do śmierci. Chciałem, żeby szybko nastał ranek, bym mógł jeszcze dotrzeć do świętej Dziewicy, zanim choroba się nie wzmoże. Tymczasem dołączyła się gorączka i ból głowy, typowe dla dżumy. Czułem się bardzo źle, usiłowałem jednak odmówić Laudesy. Gdy nastał dzień, z pomocą towarzysza dotarłem do domu Katarzyny. Niestety, była nieobecna. Udała się do chorego. Zdecydowałem się na nią czekać, czując się jednak bardzo źle, położyłem się tam do łóżka, prosząc, by jak najszybciej przywołali Katarzynę, co też się stało.

255. Kiedy przyszła i zobaczyła mnie chorego, zgięła przy łóżku kolana i poczęła się modlić, tak jak zwykła, w milczeniu, kładąc mi rękę na czole. Zauważyłem, że popadła w ekstazę, jak zresztą zwykle w czasie modlitwy. Miałem wrażenie, że widziała coś, co miało związek z dobrem mojej duszy i ciała. Gdy tak trwała przy mnie dłużej niż pół godziny, czułem, że coś się dzieje w całym moim ciele, że zbiera mi się na wymioty, co jak zauważyłem ma miejsce u tych, którzy mają umrzeć. Śmierć jednak u mnie nie następowała, natomiast czułem, jakby za kończyny ciała coś mnie gwałtownie ciągnęło. Im bardziej się to działo, tym czułem się lepiej. Cóż było dalej? Zanim święta Dziewica skończyła się modlić, poczułem się całkowicie zdrowy. Pozostało jednak pewne osłabienie, może jako znak uleczonej choroby, a może na skutek mojej słabej wiary. Natomiast Dziewica Pańska widząc, że wróciłem do zdrowia, poleciła, by przygotowano mi coś do jedzenia odpowiedniego dla chorych. Posiliłem się, posłuszny jej woli. Wstałem silny, jakbym nie przeszedł żadnej choroby. Ona, widząc to, rzekła: „Idźcie do pracy, zbawiać dusze, i dziękujcie Bogu Najwyższemu, który was wyrwał z niebezpieczeństwa". Przystąpiłem zatem do zwykłych zajęć, wielbiąc Boga, który taką moc dał tej Dziewicy.

256. Podobnego cudu dokonała święta Dziewica w czasie tej epidemii wobec brata Bartłomieja Dominici ze Sieny, naówczas mojego socjusza, a obecnie prowincjała rzymskiej prowincji, kiedy ów brat ciężko i długo dotknięty był tą chorobą. Krótko tylko
o tym wspominam, by przejść do uzdrowień, według mojego zdania, wspanialszych. Z tej racji pominę także szereg innych, pomniejszych. Wiedz jednak drogi czytelniku, że nie tylko w czasie zarazy Dziewica Pańska dokonywała cudownych uzdrowień, i nie tylko w swojej rodzinnej Sienie, lecz także gdzie indziej i w różnych czasach, jak na przykład to, o którym obecnie powiem, a które niech wystarczy jako przykład wielu innych.

257. Zdarzyło się w tych czasach, już po ustąpieniu epidemii, że wielu ludzi obojga płci zarówno osób zakonnych, jak i świeckich, szczególnie jednak mniszek z Pizy, usłyszawszy o słowie świętej Dziewicy, zapragnęła ją zobaczyć i posłuchać jej nauk, o których mówiono, że są cudowne. Ponieważ jednak nastręczało trudności, by w większej liczbie do niej dotrzeć, stąd też posługiwano się listami, a także wysyłano delegacje, by zechciała przybyć do Pizy. Obiecywano, by ją tym bardziej zachęcić, że wyniknie stąd wiele dobrych owoców i wzrośnie chwała Boża. Święta Dziewica, chociaż zwykła nie wykraczać poza własny teren, nagabywana jednak usilnymi prośbami, zwróciła się do swego Oblubieńca, prosząc pokornie, by On sam rozwiał jej wątpliwości. Z jej najbliższego otoczenia bowiem jedni radzili tak, drudzy odradzali. Po wielu dniach, jak mi to sama na spowiedzi powiedziała, ukazał się jej Pan i polecił, by nie ociągała się ze spełnieniem próśb sług i służebnic Jego, mieszkańców Pizy. W duchu posłuszeństwa przyjęła z pokorą polecenie i z moim błogosławieństwem podjęła podróż. Towarzyszyłem jej z paroma braćmi mojego zakonu, by służyć sakramentem pokuty, wielu bowiem z tych, którzy do niej przychodzili, pod wpływem jej gorących słów ulegało wewnętrznej skrusze, ona zaś, by nie przechwycił ich odwieczny wróg z jej rąk polecała, by bez zwłoki udali się do spowiedzi. Ponieważ jednak z powodu nieobecności spowiedników na miejscu jej polecenie natykało na trudności, dlatego chętnie widziała przy sobie kapłanów, którzy stale byli gotowi do usług. Z tego też względu szczęśliwej pamięci papież Grzegorz XI mnie i dwu moim towarzyszom dał bullą upoważnienie, byśmy mogli rozgrzeszać penitentów w tych wszystkich przypadkach, jakie są zastrzeżone biskupom diecezjalnym, jeśli ich święta Dziewica do nas skieruje.

258. Kiedy przybyliśmy do Pizy, a ona zamieszkała w domu obywatela, który nazywał się Gerard Buonoconti, ten pewnego dnia przyprowadził do niej młodzieńca lat około dwudziestu, prosząc, by zechciała nad nim się pomodlić. Mówił, że przez osiemnaście miesięcy prawie każdego dnia doznaje gorączki. Wprawdzie teraz jej nie ma, ale doszło do tego, że silny dotychczas chłopiec utracił prawie wszystkie siły i żadne leki nie przynoszą skutku. Dziewica, okazując mu współczucie, zapytała, jak dawno temu był u spowiedzi? Okazało się, że wiele lat temu. Wtedy powiedziała mu, że Pan zesłał na niego tę chorobę, ponieważ przez tak długi czas nie oczyścił swojej duszy przez spowiedź. „Przystąp, drogi synu, do spowiedzi i wyrzuć z siebie zgniliznę grzechów, które zatruwają twoją duszę i ciało". Powiedziawszy to, wezwała brata Tomasza, swojego pierwszego spowiednika, i przekazała mu chorego, by wysłuchał jego spowiedzi i dał mu rozgrzeszenie. Gdy to się stało, a chory do niej wrócił, położyła rękę na jego ramieniu i rzekła: „Idź, synu, w pokoju Jezusa Chrystusa, nie chcę, żeby gorączka nadal ci dolegała". Tak rzekła i tak się stało. Od tej bowiem godziny ani gorączka nie wróciła, ani jej ślady. Była bowiem w tej Dziewicy moc Tego, który „rzekł i stało się", „rozkazał i wszystko natychmiast zostało stworzone". Po wielu dniach ów chory, a teraz już wyleczony, wrócił do Dziewicy, by jej podziękować, a nas wszystkich zapewnić, że od tamtego czasu nie odczuwał już żadnej dolegliwości.

259. Tych uzdrowień sam byłem świadkiem, mogę więc powtórzyć za św. Janem: „Zaświadczył to ten, który widział" (J 19,35). Współświadkami tego byli gospodarz Dziewicy i jego cała rodzina, wspomniany brat Tomasz, spowiednik Dziewicy i tego młodzieńca, brat Bartłomiej Dominici, wtedy i obecnie mój socjusz, a także wszystkie dziewice, które z Katarzyną przybyły ze Sieny. Sam zresztą uzdrowiony rozgłaszał po całej Pizie o cudzie, a jakiś czas potem, kiedy przejeżdżałem przez to miasto, przyszedł do mnie, nie mogłem go jednak poznać, tak wyrósł i okrzepł. Wobec wszystkich, którzy ze mną byli, jeszcze raz opowiedział o cudownym wyleczeniu, wyrażając wdzięczność Bogu i Dziewicy.

260. Coś podobnego zdarzyło się także wcześniej w Sienie, o tyle jednak było to cudowniejsze, że choroba była bardziej groźna. Mianowicie pewna siostra od Pokuty św. Dominika imieniem Gemma, należąca do najbliższego grona Dziewicy, zapadła na chorobę gardła, którą lekarze nazywają „signimantia". Ponieważ w początkach choroby zaniedbano leczenia, tak się ona wzmogła, że te leki, które przedtem byłyby skuteczne, teraz już były bezużyteczne. Części gardła tak zaczęły się zwężać, że zachodziła obawa uduszenia. Świadoma tego, co jej grozi, udała się do Dziewicy, usilnie ją błagała: „Matko moja, umrę, jeżeli mi nie pomożesz". Ta widząc, że choroba jest rzeczywiście groźna, współczując siostrze, która z ledwością oddychała, ufna w moc Bożą przyłożyła rękę do jej gardła, uczyniła na nim znak krzyża. I oto w tej samej chwili choroba ustąpiła. I tak jak chora przyszła z bojaźnią i drżeniem, tak odeszła rozradowana i w pełni zdrowa.
By zaś nie okazać się niewdzięczną, udała się do brata Tomasza, aby on wiadomość o tym cudzie pozostawił na piśmie. I właśnie w oparciu o ten tekst napisałem to, co wyżej.

261. Ponieważ jest mowa o cudach dotyczących ciała, dokonanych na osobach należących do rodziny i bliskiego kręgu świętej, przychodzą mi na myśl inne cudowne uzdrowienia, których sam byłem świadkiem i wielu innych jeszcze żyjących. Otóż w czasie, kiedy szczęśliwej pamięci papież Grzegorz XI z Awinionu przybył do Rzymu, zdarzyło się, że święta Dziewica ze swoim otoczeniem, w którym i ja się znajdowałem, wyprzedzając papieża, przybyła do Genui. Tam się zatrzymała przez jakiś czas, czekając,
aż papież ze swoim orszakiem dotrze do tego miasta, by stąd udać się do Rzymu, kontynuując rozpoczętą drogę. To czekanie przeciągnęło się ponad miesiąc. Było zaś w naszym towarzystwie dwu pobożnych młodzieńców, Sieneńczyków, którzy służyli Dziewicy jako sekretarze w pisaniu jej listów, żyjących dotąd. Jeden nazywał się Neriusz Landocci dei Pagliaresi, prowadził on prawie pustelnicze życie, wyrzekłszy się splendorów tego świata. Drugi natomiast, Stefan Corradi de Maconi, na życzenie świętej Dziewicy po jej śmierci wstąpił do zakonu kartuzów, w którym przy współdziałaniu Bożej łaski tak dalece postąpił w doskonałości, że w Italii duża część tego zakonu pozostawała pod wyraźnym wpływem jego wizytacji, napomnień i osobistego przykładu. Był on kolejnym przeorem w licznych klasztorach, a obecnie jest przeorem w konwencie w Mediolanie, ceniony jako człowiek praktyczny w działaniu, a przy tym święty. Ci dwaj byli świadkami lub współświadkami razem ze mną, jak i z innymi mężczyznami i kobietami, wszystkich lub większości cudownych działań Dziewicy, opisanych w drugiej części. We wzmiankowanym zaś czasie w mieście Genui święta Dziewica mocą Pana dokonała pamiętnych cudów uzdrowienia właśnie ich obu.

262. Zdarzyło się, gdyśmy tam przebywali, że Neriusz zapadł na groźną chorobę, z powodu której on sam i myśmy wszyscy bardzo się niepokoili, dniem i nocą bowiem doznawał dotkliwych bólów wewnętrznych, tak że ciągle jęczał, nie mógł spokojnie uleżeć w łóżku, ale czołgał się na rękach i kolanach po pokoju, od łóżka do łóżka, jakby chciał od swoich cierpień uciec. Nas i samego siebie w pożałowania godny sposób zadręczał. Dzięki mnie i innym doszło to do wiadomości Dziewicy. Chociaż okazała współczucie, nie spieszyła się jednak z właściwą sobie modlitwą, by choremu przyjść z pomocą. Kazała mi natomiast wezwać lekarzy i użyć zwyczajnych środków. Uczyniłem to, sprowadzając dwu lekarzy, którym chory z zaufaniem się poddał, nic to jednak nie pomogło, a nawet nastąpiło pogorszenie. Stało się, według mego zdania tak dlatego, by Pan przez Dziewicę mógł dokonać cudu. Bowiem lekarze zrobiwszy, co mogli, powiedzieli mi, że nie ma nadziei, by chory wrócił do zdrowia.

263. Kiedy przy posiłku powiedziałem o tym braciom, Stefan, wyżej wspomniany, głęboko przejęty wstał od stołu i udał się do Dziewicy. Upadł do jej stóp i ze łzami błagał, by nie dozwoliła, aby współbrat i towarzysz drogi, którego z sobą zabrała dla spraw Bożych, z miłości miał utracić życie, a jego zwłoki podzielić los cudzoziemców. Święta Dziewica, wyrażając współczucie, z macierzyńską miłością odpowiedziała: „Czemu, mój synu, martwisz się i bolejesz? Jeżeli Bóg zechce Neriusza, twojego brata wynagrodzić za jego trudy, nie powinieneś się smucić, ale raczej cieszyć". Na to on odrzekł: „Najsłodsza Matko, błagam, abyś wysłuchała mojej prośby i przyszła mi z pomocą, bo ja nie wątpię, że jeżeli chcesz, to możesz to uczynić". Na to ona, nie mogąc już opierać się macierzyńskiemu uczuciu, rzekła: „Napomniałam cię, abyś zgodził się z wolą Bożą, ale ponieważ widzę, że jesteś bardzo zmartwiony, w takim razie, kiedy jutro przyjdę na Mszę św., by przyjąć Eucharystię, ty mi o tym przypomnij, a ja obiecuję, że będę się w tej sprawie modlić, a ty także się módl, żeby Bóg mnie wysłuchał". Wtedy Stefan, uradowany tą obietnicą, następnego rana wcześnie wyszedł naprzeciw Dziewicy, kiedy szła na Mszę św., upadł na kolana i zawołał: „Błagam, moja Matko, nie odrzucaj mojego pragnienia". Przyjęła na Mszy św. Komunię, a potem, jak zwykle, trwała w modlitewnej ekstazie. Kiedy wróciła do zmysłów, uśmiechając się do Stefana, rzekła: „Otrzymałeś łaskę, o którą prosiłeś". Na to on: „Czy rzeczywiście Neriusz wróci do zdrowia?". Ona: „Na pewno tak się stanie, Pan go nam zachowa". Wtedy on z pośpiechem udał się do chorego, pocieszając go w Panu. Za chwilę przyszli lekarze, przebadali chorego i tak jak przedtem zwątpili w jego wyzdrowienie, tak teraz między sobą poczęli wyrażać nadzieję, że chory wróci do zdrowia. I rzeczywiście zgodnie z tym, co Dziewica powiedziała, choroba poczęła stopniowo ustępować, aż do pełnego uleczenia.

264. Teraz znów z kolei sam Stefan, na skutek zmęczenia i zmartwień, szczególnie związanych z chorobą Neriusza, zapadł na zdrowiu. Miał wysoką gorączkę, wymioty i silny ból głowy. Musiał się położyć do łóżka. A ponieważ był powszechnie lubiany, wielu go odwiedzało. Kiedy Dziewicę powiadomiono o jego chorobie, bardzo się tym zmartwiła. Udała się do niego, dowiedziała się o charakterze choroby, sama stwierdziła dotykiem wysoką gorączkę i że bardzo cierpi, w końcu w mocy ducha rzekła:
„Nakazuję ci na mocy świętego posłuszeństwa, by cię gorączka opuściła". I dziwna rzecz - posłuchała natura głosu Dziewicy, tak jakby to był głos samego Stwórcy. Bez żadnego naturalnego środka, zanim święta Dziewica odeszła od łóżka Stefana, gorączka go całkiem opuściła, tak że z radością go przyjęliśmy, składając Bogu dzięki. Te dwa cudy w ciągu niewielu dni uczynił Pan na naszych oczach przez swoją Oblubienicę.
265. Do tych dwu cudów dodam jeszcze trzeci. Nie byłem wprawdzie jego naocznym świadkiem, byłem bowiem wtedy nieobecny, ale osoba, która cudu doznała, dotąd żyje i o nim świadczy, od niej też dowiedziałem się o tym, co tu opisuję. Do tego jej świadectwa dołączają się zresztą także niewiasty żyjące dotąd, z otoczenia Dziewicy. Chodzi tu o siostrę od Pokuty św. Dominika, ze Sieny, chociaż w tym mieście nie mieszkała, a nazywa się Joanna di Capo. Opowiedziała mi to, co następuje. W czasie kiedy szczęśliwej pamięci papież Grzegorz XI przebywał w Rzymie, z jego polecenia święta Dziewica udała się do Florencji, by doprowadzić do zgody między Ojcem Świętym, o czym będzie mowa w osobnym rozdziale, a zbuntowanymi Florentczykami.
Niestety szatan, ów smok piekielny, zarzewie niezgody i wróg jedności, doprowadził do tego, że nastroje w tym mieście zwróciły się przeciwko Oblubienicy Jezusa Chrystusa, która przecież działała na rzecz pokoju. Za długo byłoby w tym miejscu o tym mówić. Odbieglibyśmy bowiem bardzo od tematu. Jeśli Pan pozwoli, temu tematowi będzie poświęcony osobny rozdział. Kiedy więc święta Dziewica z polecenia papieża przebywała we Florencji, a wróg odwieczny wzniecał przeciw niej liczne i niebezpieczne rozruchy, jej przyjaciele poradzili jej, by na jakiś czas opuściła miasto, aż niebezpieczeństwo minie. Uznając słuszność rady, usunęła się z miasta, zapewniła jednak, że jest wolą Bożą, by całkiem nie opuszczała tego miasta, dopóki nie dojdzie do pokoju pomiędzy nim i papieżem, co też się stało.

266. Przygotowała się więc, by na jakiś czas opuścić miasto i zatrzymać się w odpowiednim miejscu, gdzie znajdował się dom jej wspólnoty. Tymczasem okazało się, że jedna z jej towarzyszek, Joanna, poważnie zachorowała. Mianowicie jej noga na skutek zaniedbania ogromnie spuchła, a do tego jeszcze dołączyła się silna gorączka, tak że doznała podwójnego strapienia i nie była zdolna do podróży. Święta Dziewica nie chcąc jej zostawiać samej, by nie doznała jakiejś krzywdy ze strony nieprzyjaciół, uciekła się do zwykłego sobie sposobu: modlitwy. Prosiła swego Oblubieńca o pomoc, by zechciał miłosiernie zaradzić w tym przypadku. Najłaskawszy Pan nie kazał długo czekać swojej Oblubienicy w niepewności. Podczas bowiem, gdy się modliła, jej chora spokojnie zasnęła i kiedy się obudziła, poczuła się zupełnie zdrową, jak gdyby w ogóle nie była chora. Szybko wstała i przygotowała się do drogi, i już tego rana z Dziewicą i towarzyszkami mogła normalnie chodzić, owszem jeszcze lepiej niż za czasów młodości. Towarzyszki, które niedawno widziały ją cierpiącą, razem z nią wyrażały wdzięczność wszechmogącemu Bogu, że przez swoją Oblubienicę dokonywał cudów na chorych ciałach u tych, którzy są Mu bliscy.

267. Do tego cudu dodam jeszcze jeden, zdziałany w pewnym mieście, zwanym Tulon, w czasie, kiedy wracaliśmy z Awinionu, a papież był w drodze do Rzymu. Kiedyśmy z Dziewicą dotarli do tego miasta, i zatrzymaliśmy się w hospicium, to chociaż milczeliśmy, kamienie, że tak powiem, krzyczały, że Dziewica przybyła do miasta. Zaraz też kobiety, a potem i mężczyźni zaczęli przychodzić do tego hospicjum i pytać, gdzie jest ta święta niewiasta, która wróciła z Rzymskiej Kurii. Kiedy ani gospodarz, ani my nie zdołaliśmy jej ukryć, trzeba było przynajmniej kobiety do niej dopuścić. Wśród nich przyszła do niej pewna matka z dzieckiem tak opuchłym, zwłaszcza w brzuchu, że robił wrażenie potworka. Kobiety błagały Dziewicę Pańską, by zechciała dziecko wziąć w swoje ręce. U Katarzyny, chociaż zwykle uciekała od ludzkiej chwały, tym razem współczucie wzięło górę i przychyliła się do prośby. Wzięła dziecko w dziewicze ramiona, a ono poczęło tracić opuchliznę i wracać do właściwych wymiarów, co działo się na oczach obecnych. Ten cud, chociaż nie byłem jego świadkiem, miał taki rozgłos, że biskup z tej miejscowości wezwał mnie do siebie, i opowiedziawszy o nim, dodał, że dziecko pochodzi z rodziny jego wikariusza. Prosił, bym powiedział Dziewicy, że on pragnie z nią rozmawiać, co też się stało. Wiele innych jeszcze cudów uczynił Pan Jezus przez swoją Oblubienicę na ludzkich ciałach, które w tej księdze nie są zapisane. Te zaś nieliczne są zapisane, by cię dobry czytelniku pobudziły do wiary, że w tej Dziewicy zamieszkiwał Jezus, Syn Boga i Najświętszej Dziewicy, i że On w pierwszym rzędzie tych dzieł dokonywał. Gdy zaś chodzi o opętanych przez złe duchy, to jakkolwiek należałoby te przypadki zaliczyć do uzdrowień cielesnych, to jednak by tego rozdziału zbytnio nie rozwlekać, a poza tym z uwagi, że święta Dziewica w tym względzie posiadała szczególny charyzmat, postanowiłem na tym ten rozdział zakończyć.


W: Rajmund z Kapui, Żywot..., dz. cyt., Poznań 2010.