21/ Żywot: Cuda pośmiertne

378. Po zakończeniu doczesnego pielgrzymowania tej świętej Dziewicy, nie ustała w działaniu moc Boża, która jej towarzyszyła za życia. Zasługi jej świętości, gdy już otrzymała wieczną nagrodę, nadal dawały wiernym znać o sobie. Już to samo, o czym wspomnieliśmy wyżej, że bez niczyich starań - przeciwnie, przy usiłowaniu, by nie robić rozgłosu - prawie cały Rzym zbiegł się do kościoła, gdy znalazło się tam jej ciało. Ludzie całowali ze czcią jej stopy i ręce, i polecali się jej wstawiennictwu. I taki był natłok ludu, że trzeba było umieścić ciało za kratami żelaznymi kaplicy św. Dominika. Tymczasem wielu, żywiąc ufność w zasługi świętości Katarzyny, przyprowadzało chorych i słabych
z prośbą do Pana o zdrowie za jej przyczyną. I nie zawiedli się. Dlatego uważam, że z pożytkiem będzie, jeśli przytoczę to, co znalazłem w pismach, a o niektórych faktach, które mi są bliżejznane, opowiem szerzej.

379. Kiedy ciało świętej Dziewicy znajdowało się w kościele, pewna siostra z Trzeciego Zakonu św. Franciszka, imieniem Dominika, pochodząca z Bergamo w Lombardii, zamieszkała w Rzymie, a cierpiąca na bezwład ramienia do tego stopnia, że na sześć
miesięcy przed zgonem Katarzyny nie mogła poruszać ręką, która była jakby uschła, przyszła do kościoła. Nie mogła jednak dotrzeć do trumny z powodu natłoku ludzi. Podała więc swój welon, prosząc, by dotknięto nim ciała Dziewicy. Potem tym welonem dotknęła chore ramię i nagle doznała uzdrowienia. Zaczęła w tłumie zaraz wołać: „Oto zostałam uwolniona od mojej nieuleczalnej choroby dzięki zasługom tej Dziewicy. Moje ramię nieużyteczne zostało ocalone". Na te słowa nastąpiło poruszenie wśród ludzi. Zaczęto przyprowadzać chorych, by przynajmniej mogli dotknąć kraju jej szaty.

380. Między innymi przyprowadzono jednego chłopca w wieku czterech lat, który w wyniku jakiejś choroby miał głowę pochyloną na ramię i nie mógł jej naprostować. Kiedy przyłożono rękę Dziewicy do jego szyi i jej welonem owinięto mu szyję, zaczął się mieć coraz lepiej i wkrótce głowa się naprostowała i wrócił do zdrowia. Te uzdrowienia sprawiły, że przez trzy dni nie można było urządzić pogrzebu. Ciągle działy się cuda. W ciągu tych trzech dni był taki ruch w kościele, że kiedy mistrz świętej teologii chciał wygłosić kazanie o świętej Dziewicy i wszedł na ambonę, w żaden sposób nie mógł ludzi uciszyć i zdobyć posłuchu, wobec tego powiedział tylko: „Ta święta Dziewica nie potrzebuje naszych kazań, ona sama wystarczająco przemawia". Powiedziawszy to, zszedł z ambony, nawet nie zacząwszy kazania. A cuda ciągle się mnożyły.

381. Pewien rzymianin, Lucio Cannarola, zapadł na poważną chorobę. Żadne leki mu nie pomagały. Tak jakby utracił w nodze kość udową i goleniową, tak że ledwo o kuli mógł chodzić i tylko na krótkiej odległości. Dowiedziawszy się o cudach, jakie Najwyższy czynił przez świętą Dziewicę Katarzynę, z wielkim trudem dowlókł się do kościoła i przy pomocy innych dotarł do jej trumny. Z wielką pobożnością dotknął ręką Katarzyny, a potem chorej nogi, i od razu odczuł, że odzyskuje w niej władze. Zanim odszedł, poczuł się całkiem zdrowo. Działo się to na oczach wszystkich obecnych, którzy z nim razem wielbili Boga, który jest przedziwny w Świętych swoich.

382. Podobnie jedna dziewczyna, imieniem Ratozola, miała na twarzy okropny wrzód trędowaty. Zajęty był nim nos i górna warga. Dotarła do niej wieść, że w kościele dzieją się cuda, więc się tam udała. Przeciskając się, dotarła do trumny i spragniona łaski uzdrowienia swoją oszpeconą twarzą jęła dotykać nie tylko stóp i rąk, ale i twarzy Katarzyny. I cóż dalej? Odczuła, że schodzi z chorego miejsca trąd, i w krótkim czasie nie pozostało po nim śladu.

383. Pewien rzymianin imieniem Cyprio miał z żoną, imieniem Lella, córkę już od dzieciństwa chorą na gruźlicę, z której w żaden sposób nie mogła się wyleczyć. Rodzice, dowiedziawszy się o cudach dokonywanych przez świętą Dziewicę, polecając jej swoją córkę, kazali jej dotknąć osłony okrywającej ciało zmarłej, zwanej „paternoster". I dziwna rzecz, mimo że już zwątpili w powrót do zdrowia swej córki, teraz nagle choroba ustąpiła.

384. Zanim jeszcze ciało zostało pogrzebane, pewien obywatel Rzymu Antoni di Lello di Piętro, znajdując się w kościele Księcia Apostołów, dowiedział się o licznych cudach zdziałanych za przyczyną Katarzyny. On sam na skutek nadmiernej pracy popadł w chorobę, w wyniku której nie mógł prawie chodzić. Lekarze przy pomocy naturalnych środków nie tylko nie mogli go wyleczyć, ale nawet ulżyć mu w chorobie. Zwrócił się więc z pobożno ścią do świętej Dziewicy i złożył pewną obietnicę, jeżeli wróci do zdrowia. I dziwna rzecz! Został całkowicie wyleczony, mógł chodzić bez trudności jak poprzednio. Zaraz przybył do jej relikwii, spełnił to, co obiecał, i wszystkim chętnie o tym opowiadał.

385. Pewna pobożna niewiasta, z najbliższego otoczenia Katarzyny, imieniem Paula, która zanim jeszcze święta Dziewica odeszła z tego świata, często ją gościła wraz z całą jej kompanią w swoim domu, od czterech miesięcy bardzo cierpiała na kolki i podagrę. Leczenie było utrudnione z tego względu, że to, co na jedno pomagało, na drugie szkodziło. Kobieta nieraz była już bliska śmierci. Kiedy Katarzyna zmarła, usilnie zabiegała o to, by dostać coś z rzeczy, które dotykały ciała Dziewicy. Kiedy wieczorem stało się zadość jej pragnieniom, rano mogła wstać z łóżka po czterech miesiącach leżenia. Mogła swobodnie chodzić jak dawniej przed chorobą. Sama mi o tym opowiedziała, kiedy przybyłem do Rzymu. Te i wiele innych cudów, jakie z niedbalstwa pisarzy zostały pominięte, zdziałał wszechmogący Pan przez swoją Oblubienicę, zanim jej ciało złożono do grobu, co jak wyżej było wspomniane, zostało odwleczone z powodu gromadzących się tłumów.

386. Z chwilą złożenia ciała do grobu nie ustała jednak moc Boża w przywracaniu chorym zdrowia, owszem jeszcze się wzmogła. Pewien rzymianin, zwany Jan Veri czy Neri, miał małego synka, który w żaden sposób nie mógł stać na nogach, tym bardziej chodzić. Skoro ojciec posłyszał o sławie wyżej opowiedzianych cudów, złożył Bogu i Dziewicy Katarzynie obietnicę w celu uzdrowienia syna. I cóż dalej? Zaniesiono chłopca do grobu Dziewicy i skoro tylko postawiono go na nim, umocniły się jego nogi, stanął prosto i zaczął chodzić, jakby tak było zawsze.

387. Pewien Jan de Tozzo miał okropną chorobę oczu, w jednym z nich zaległo się wprost robactwo. Złożył ślubowanie Katarzynie i z tą chwilą został całkowicie uleczony. Kiedy przybył do jej grobu, opowiedział o otrzymanej łasce i ofiarował świecę, jak to jest w zwyczaju. Podobnie pewna pątniczka Niemka, której imię zapomnieli podać ci, co o niej pisali, cierpiała na chorobę oczu już od dłuższego czasu i choroba tak się wzmogła, że prawie całkiem utraciła wzrok. Wątpiła już, czy go kiedykolwiek odzyska. Zwróciła się jednak z ufnością do świętej Dziewicy, składając jej ślub, i w krótkim czasie bez pomocy lekarstwa wzrok odzyskała. Kiedy przyszła do grobu, widziała tak dobrze, jak przedtem była ociemniała.

388. Pewna pani, rzymianka imieniem Maria, cierpiała na jakąś dolegliwość głowy, w wyniku której, mimo używania różnych leków, utraciła jedno oko. To było powodem, że ze smutku, a bardziej jeszcze ze wstydu, nie chciała wychodzić z domu i spotykać się z ludźmi. Kiedy dotarła do niej wieść o cnotach świętej Dziewicy, poleciła się jej i złożyła ślub. Następnej nocy ukazała się we śnie służącej owej pani Katarzyna i rzekła: „Powiedz pani Marii, żeby nie używała więcej lekarstw, lecz każdego rana niech idzie do kościoła na modlitwy poranne". Kiedy służąca przekazała to swojej pani, ta zaczęła uczęszczać do kościoła stosownie do polecenia i wkrótce ustały bóle głowy i zaczęła widzieć tym ociemniałym okiem. I tak trwając w tym codziennym uczęszczaniu na oficium Divinum, doczekała się pełnego powrotu do zdrowia. Zwróć, czytelniku, uwagę, proszę cię, czego tu dokonała święta Dziewica. Naśladowała w tym cudzie swojego Oblubieńca, a ściślej mówiąc, to On ją do siebie upodobnił. Nie wystarczyło jej bowiem uleczyć ciało tej, która ją wzywała, ale uleczyła także dusze. Mogła bowiem po wezwaniu jej i ślubowaniu przywrócić oku widzenie, ale jej to nie wystarczyło, chciała być bardziej hojna, jak Zbawiciel, który nie był zatroskany tylko o ciało, ale i o duszę i temu, który przyszedł do Niego z prośbą o uleczenie ciała, najpierw grzechy odpuścił, mówiąc: „Ufaj, synu, odpuszczają ci się grzechy".

389. Pewien młodzieniec, imieniem Jakub, syn pewnego rzymianina Piotra Nicolai, był dotknięty ciężką chorobą przez wiele miesięcy i był już bliski śmierci, żadne bowiem leki nie pomagały. Kiedy utracono już wszelką nadzieję, pewna pobożna niewiasta zwana Ceccola Carteria poleciła go świętej Dziewicy. Wkrótce zaczął odzyskiwać siły i wracać do zdrowia, tak że choroba go całkiem opuściła. Podobnie pewna kobieta, zwana Cilia di Petrucio z Rzymu, złożona ciężką chorobą, mimo starań lekarzy była bliska śmierci. Według opinii lekarzy na to wskazywały naturalne symptomy. Wtedy ona poleciła się świętej Dziewicy Katarzynie i doznała pomocy. Tej samej godziny poczuła się lepiej i w ciągu paru dni powróciła do pełnego zdrowia.
390. Inna niewiasta, pani Joanna degli Ilperini, która znała dobrze Katarzynę, gdy ta jeszcze przebywała na tej ziemi, po jej śmierci, na wieść o jej cudach, nabrała jeszcze większego przekonania o jej świętości. Stąd też, spotykając się z chorymi, zawsze im radziła, żeby z ufnością uciekali się do niej. Dzięki temu przyczyniła się do wielu uzdrowień. Otóż zdarzyło się, że jeden z synów Joanny, mały chłopczyk, na jej oczach spadł z wysokiego tarasu wprost na ziemię. Krzyknęła na ten widok, świadoma, że skończy się to jego śmiercią albo kalectwem. Poczęła więc wołać: „Święta Katarzyno Sieneńska, tobie polecam mojego syna!". I dziwna rzecz, chociaż upadek z tak dużej wysokości, jak i inne okoliczności wskazywały z natury rzeczy na pewną śmierć, jednakże chłopiec nie doznał żadnej szkody i był zdrów jak przedtem. Matka szybko zeszła do niego i poczęła dziękować Bogu i Jego Oblubienicy Katarzynie, i sławić jej świętość wobec wszystkich.

391. Pewna kobieta, utrzymująca się z pracy służebnej, szczególnie z prania bielizny, nazywająca się Bona di Giovanni, na brzegu Tybru prała bieliznę pościelową z lnu i jedwabiu. Zdarzyło się, że prąd wody porwał wszystko i poniósł z sobą. Przerażona, że nie będzie miała z czego pokryć straty, bo jest biedna, sama rzuciła się do wody i znalazła się daleko od brzegu. Pozbawiona wszelkiej ludzkiej pomocy, odwołała się do pomocy Boskiej. Przyszła jej na myśl sława cudów świętej Dziewicy, w tych dniach głośna w Rzymie. Jęła więc wołać: „O, święta Dziewico Katarzyno ze Sieny, przyjdź mi na pomoc w tym moim niebezpieczeństwie". I nie musiała długo czekać. Poczuła, że ją woda unosi, a z nią wszystko to, co miała do prania, i kieruje ku brzegowi. Nie było dla niej wątpliwości, za czyją przyczyną się to stało. Tymi i wielu innymi cudami Wszechmogący Bóg wsławił świętą Dziewicę, zanim ja wróciłem do Rzymu. A wróciłem obarczony ciężkim dla mnie ciężarem, bo godnością mistrza generalnego Zakonu Braci Kaznodziejów. A to wszystko, co wyżej napisałem, zawdzięczam moim braciom i siostrom, a synom i córkom świętej Dziewicy w Chrystusie. Jeden znaczący cud miał miejsce już po moim powrocie i chcę go teraz opisać.

392. Będąc w Rzymie, dokonałem przeniesienia jej ciała w dniu, który przed wielu laty zapowiedziała, jak o tym szerzej będzie jeszcze mowa. Na skutek mojej choroby wezwałem lekarza mieszkającego w pobliżu naszego klasztoru. Był to lekarz, z którym żyłem w bliskiej przyjaźni, a zwał się Jakub de Santa Maria Rotonda. On to przy jednym z naszych spotkań opowiedział mi o pewnym młodzieńcu z Rzymu, imieniem Mikołaj, a nazywanym Cola, synu żony znanego obywatela miasta Cinzio Tancancini. Ów młodzieniec, jego pasierb, zapadł na ciężką chorobę gardła, zwaną przez lekarzy ropniem. Sam lekarz był strapiony, nie widział bowiem możliwości wyleczenia chłopca w oparciu o naturalne środki. Kiedy już zagrażała mu śmierć, dowiedziała się o tym Aleksja, nieraz już wspominana, a ponieważ jego ojciec z całym swoim domem był blisko związany z Katarzyną, zaraz pośpieszyła do chorego, zabierając ze sobą ząb dziewicy, który przechowywała jak wielki skarb. Chory prawie już się dusił na skutek zablokowania gardła przez wrzód. Aleksja przyłożyła mu do szyi przyniesiony ząb, i wtedy ropień pękł, przy czym dał się słyszeć odgłos jakby spadającego kamienia. Chory podniósł głowę, a z ust jego buchnęła ropa w dużej ilości. Potem już w krótkim czasie wrócił do zdrowia, dziękując Bogu i świętej Dziewicy, która mocą zęba wyrwała go ze szponów śmierci. O tym cudownym uleczeniu, podziwianym przez wszystkich, a zwłaszcza lekarzy, którzy lepiej od innych znali możliwości natury i pacjenta, który już był bliski śmierci, sam Mikołaj wszystkim opowiadał, a raz się zdarzyło, że kiedy głosiłem kazanie o wielkich cudownych wydarzeniach, jakich dokonał Pan przez swoją Oblubienicę i wspomniałem o tym cudzie, wówczas spośród tłumu wstał ów młodzieniec i głośno zawołał: „Ojcze, prawdę powiedziałeś, to ja jestem tym, któremu święta Dziewica uczyniła ten cud".

393. Do tych znaków i cudów, o których szczegółowo opowiedziałem, wiedz czytelniku, że należałoby dodać wiele innych, które nie zostały spisane, ale o których świadczą liczne świece złożone na jej grobie, także w czasie, kiedy osobiście mogłem się o tym przekonać. Niestety, nieokiełzana chciwość, że nie powiem złośliwość niektórych złodziejaszków (być może obcych, którychmiasto ciągle jest pełne) nie pozwalała, by te świece długo trwały na grobie. Złodzieje je kradli. Być może zostali już ukarani albo rychło będą. Ja siebie wobec Boga i aniołów Jego, a także wszystkich wiernych muszę także oskarżyć, że przychodziło do mnie wielu mężczyzn i kobiet, którzy od świętej Dziewicy otrzymali różne łaski, a ja nie zatroszczyłem się o to, by je zanotować. Wyznaczyłem wprawdzie osobnego notariusza, ale i on do tego się nie kwapił.

394. Chcąc się jednak poprawić, napiszę przynajmniej o jednym cudownym wydarzeniu, jakie sobie przypominam. Otóż w czasie, kiedy królowa Joanna wysłała przeciw Rzymowi Rajnolda Orsini z dużą armią, by schwytał papieża Urbana VI lub przynajmniej zmusił go do ucieczki, a może nawet zabił, Rzymianie rozsądnie i stanowczo opowiadali się za papieżem. To sprawiało, że wielu, zwłaszcza niższego stanu, dostawało się w ręce nieprzyjaciół. Jednych przywiązywano do drzewa i tak zostawiano, by się męczyli, innych wyprowadzano na pole i zakuwano w kajdany, by się wykupywali. Od niektórych z tych, którym udało się uwolnić, dowiedziałem się, że jeśli zwrócili się do Dziewicy, cudownie z więzów byli uwalniani, nie widząc innego ratunku, jak tylko w Bogu, tak że mogli szczęśliwie wrócić do miasta. Opowiedział mi jeden z nich, że kiedy przywiązano go do drzewa, zwrócił się zaraz z prośbą do Dziewicy o ratunek, i udało mu się z więzów uwolnić i mógł także bez przeszkód wrócić do miasta. Opowiadając o tym z niemałą wdzięcznością, dodał, że i inni takiej samej łaski dostąpili za jej przyczyną. Przypominam sobie, że o tego rodzaju cudach słyszałem od wielu innych, lecz na skutek starzenia się pamięci nie jestem w stanie ich odtworzyć. Proszę więc czytelnika, by z pobożnością, nie zrażając się rozwlekłością tekstu i prostotą stylu, zechciał ku swemu pożytkowi zebrać kwiaty i owoce, strzegąc się niepobożnych i złośliwych obmówców, tak jak człowiek się strzeże zabójczej trucizny. Mógłbym na tym zakończyć moje dzieło, gdyby nie to, że Kościół walczący u świętych wyżej od cudów stawia cierpliwość, według nauki św. Grzegorza, który mówi, że cnota cierpliwości ma większą wartość niż znaki i cuda. Dlatego też zdecydowałem się napisać jeszcze jeden rozdział z jej pomocą i pozwoleniem jej Oblubieńca, tego Oblubieńca, który z Ojcem i Duchem Świętym żyje i króluje przez wszystkie wieki wieków. Amen.

W: Rajmund z Kapui, Żywot..., dz. cyt., Poznań 2010.