List - do papieża Grzegorza XI

tuż przed 13 września 1376

W imię Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego i słodkiej Maryi.

Najczcigodniejszy i drogi Ojcze Święty, Ojcze mój w Chrystusie, słodkim Jezusie, twoja niegodna i nędzna córka, Katarzyna, sługa i niewolnica sług Jezusa Chrystusa, pisze do Waszej Świątobliwości w drogocennej Krwi Jego, pragnąc cię ujrzeć silnym, trwającym tak mocno w dobrym i świętym zamiarze, że nie odwiedzie cię od niego żaden przeciwny wiatr ani szatan, ani stworzenie.

Wydaje się, że nieprzyjaciele chcą przyjść do ciebie w owczej skórze — jak mówi nasz słodki Zbawiciel w swojej świętej Ewangelii — udając baranki, podczas gdy są oni drapieżnymi wilkami [1]. Zbawca nasz mówi, że musimy się ich strzec. Zdaje mi się, miły Ojcze Święty, że zaczynają oni już do ciebie przychodzić z listami, a poza tym zapowiadają pewne wydarzenie, mówiące, że stanie ono pod twymi drzwiami, nawet nie będziesz wiedział kiedy [2]. Brzmi to bardzo pokornie, gdy mówią: „Jeśli mi otworzysz, wejdę, a potem będziemy się razem zastanawiać, co robić". Ale mówiący te słowa przebiera się w szatę pokory, aby mu łatwiej uwierzono. Jakże chwalebna jest owa cnota, w którą odziewa się pycha!

Według tego, co zrozumiałam, człowiek, który napisał do Waszej Świątobliwości, postąpił jak szatan podający duszy truciznę pod pozorem cnoty i współczucia. Używa zaś tego podstępu przecie wszystkim wobec sług Bożych, gdyż widzi, że samym tylko namawianiem do ułomności nie doprowadzi do ich zguby. Tak właśnie czyni ów diabeł wcielony, który napisał do ciebie, Ojcze Święty, niby to ze współczuciem i w świątobliwym tonie, żeby wyglądało, jakoby list pochodził od człowieka świętego i sprawiedliwego. Tymczasem list pochodzi od ludzi nieprawych, doradców szatana, szkalujących Kościół, trwoniących dobro całej wspólnoty chrześcijańskiej i sprzeciwiających się reformie świętego Kościoła, a także miłujących tylko samych siebie i dbających tylko o własne korzyści. Już niebawem, Ojcze Święty, dowiesz się, czy pismo pochodzi od człowieka prawego czy nie. Myślę, że dla chwały Bożej powinieneś to jak najszybciej wyjaśnić. Na podstawie tego, co mogę zobaczyć oraz ze słów tego człowieka nie wynika wcale, jakoby był on sługą Bożym. Mimo to uważam, iż nie zna on dobrze sztuki maskowania się i powinien się jeszcze uczyć, gdyż umie mniej niż małe dziecko.
 
Dotknął on najsłabszej strony każdego człowieka, a szczególnie ludzi bardzo delikatnych i podatnych na miłość zmysłową oraz rozczulających się nad własnym ciałem. Tacy ludzie są bardzo przywiązani do życia. Dlatego to ów człowiek pisze ci, Ojcze Święty, przede wszystkim o niebezpieczeństwie utraty życia. Ja jednak ufam, że dzięki Bożej dobroci będziesz bardziej zważał na Jego chwałę i zbawienie twych owiec niż na samego siebie, jak przystało na dobrego pasterza, który musi oddać życie za owce swoje. Człowiek ów, przesiąknięty złym jadem, z jednej strony udaje, że popiera twe przyjście, nazywając je rzeczą dobrą i świętą, a z drugiej strony mówi, że przygotowano już dla ciebie truciznę. Radzi on, aby Wasza Świątobliwość wysłał naprzód zaufanych ludzi, którzy usunęliby truciznę z nakrytych już stołów. Ma on chyba na myśli butelki, które stoją na stole, a codziennie, przez miesiąc czy nawet rok, nalewa się do nich zatrute wino. Otóż przyznaję, że takie wino można znaleźć równie dobrze na stołach Awinionu, jak w Rzymie i można je pić przez miesiąc, rok, czy jak długo spodoba się kupującemu. Truciznę można znaleźć wszędzie. Widzę, jak sprytnie zadziałał ów człowiek: jeżeliby teraz wysłać naprzód ludzi, by skontrolowali przygotowane wino, to opóźni to bardzo twoje przybycie. Dlatego właśnie przekonuje on ciebie, abyś poczekał, aż kara Boża spadnie na nieuczciwych ludzi, którzy — według tego, co mówi — chcą cię otruć. Gdyby człowiek ten był trochę mądrzejszy, to spodziewałby się śmierci dla samego siebie, gdyż rozdaje on truciznę, jakiej od dawna już nie widziano w Kościele świętym. Chce bowiem przeszkodzić ci w dokonaniu tego, czego Bóg od ciebie żąda i co powinieneś natychmiast zrobić. Czy wiesz, Ojcze Święty, kiedy rozlałaby się trucizna? Wtedy, gdybyś nie wyruszył, ale wysłał innych tak, jak ci doradza ten człowiek. Okazałoby się bowiem, że w tobie, który zajmujesz miejsce Prawdy, ukryte jest kłamstwo, co wywołałoby wielkie zgorszenie oraz bunt duchowy i cielesny. Sam przecież ogłosiłeś i zadecydowałeś, że przyjdziesz. Gdybyś więc teraz tego nie zrobił, to znaczy gdybyś nie przybył, wybuchłby wielki skandal i powstałoby wielkie zamieszanie i niepewność w ludzkich sercach. Człowiek ten ma rację, gdy przypomina przepowiednię Kajfasza, który powiedział: „...warto, aby jeden człowiek zginął za cały naród" [3]. Sam jednak nie wiedział co mówi, ale wiedział to Duch Święty, który wypowiedział prawdę jego ustami, chociaż szatan kazał mu przemawiać z innym zamiarem. A teraz człowiek ten chce być drugim Kajfaszem. Przepowiada, że jeżeli poślesz, Ojcze, ludzi, znajdą oni truciznę. W rzeczywistości to jest tak, że gdybyś bardzo zgrzeszył, zostając tu, gdzie jesteś, a wysyłając innych, to twoi wysłańcy stwierdziliby, że wlewa się truciznę do butelek ich serc. A nie wystarczy dzień, lecz potrzeba całego miesiąca, a nawet roku, żeby ją strawić. Dziwię się bardzo słowom tego człowieka, który najpierw domaga się czynu dobrego i świętego, a potem chce, aby go zaniechano dla cielesnego strachu. Nie jest w zwyczaju sług Bożych, aby porzucali oni duchowe działania i uczynki z obawy przed jakąkolwiek szkodą cielesną, doczesną, a nawet z obawy o utratę życia. Gdyby tak postępowali, nigdy nie osiągnęliby swego celu. Bowiem nagrodzone zostają: wytrwałość w świętym i dobrym pragnieniu (a nie wahanie) oraz dobre uczynki.

Dlatego to powiedziałam, czcigodny Ojcze Święty, że pragnę cię ujrzeć wytrwałym i niezmiennym w twoim świętym zamiarze (po jego wykonaniu nastąpi pokój z twoimi zbuntowanymi synami). Pragnę też, abyś spełnił życzenie sług Bożych, które chciałyby ujrzeć sztandar krzyża świętego, powiewający nad głowami niewiernych. Wtedy zaś będziesz mógł rozdzielać również biednym niewiernym Krew Baranka, bo przecież masz klucze do piwnicy, w której ta Krew jest przechowywana.

Oj, biada mi, biada! Błagam cię. Ojcze Święty, na miłość Chrystusa Ukrzyżowanego, wesprzyj ten zamiar mocą swej władzy i przybywaj natychmiast, bo bez ciebie nie można tu nic zrobić. Nie radzę ci, miły mój Ojcze, porzucać swoje dzieci, żywiące się u piersi Oblubienicy Chrystusowej, na rzecz dzieci z nieprawego łoża, które nie zostały jeszcze uznane, gdyż nie przyjęty dotąd chrztu świętego. Ufam jednak Bożej dobroci, że gdy pójdziesz do swoich rodzonych dzieci z autorytetem, Bożą mocą, mieczem świętego słowa oraz z silą i cnotą ludzką, powrócą one do matki, świętego Kościoła, a ty uznasz je i przygarniesz. Wydaje się, że przyniesie to chwałę Bogu, pożytek tobie, a słodkiej Oblubienicy Chrystusowej — chwałę i wywyższenie. Na pewno lepiej tak zrobić, niż posłuchać rady owego nieprawego człowieka, który mówi, że zarówno Wasza Świątobliwość, jak i pozostań zarządcy Kościoła Bożego bylibyście bardziej bezpieczni wśród niewiernych Saracenów niż wśród mieszkańców Rzymu czy Włoch.

Podoba mi się jego dobre pragnienie zbawienia niewiernych, ale nie podoba mi się to, że chce odebrać ojca dzieciom z prawego łoża, a pasterza — owcom zgromadzonym w owczarni. Wydaje mi się, że chce on, abyś postąpił, Ojcze Święty, jak matka, która chce odzwyczaić dziecko od piersi. Otóż przykłada ona na pierś coś gorzkiego, aby dziecko, zanim zacznie ssać mleko, poczuło gorycz i ze wstrętu do niej porzuciło mleko; dziecko najłatwiej jest oszukać za pomocą czegoś gorzkiego. Tak właśnie postępuje z tobą ów człowiek, mówiąc ci przede wszystkim o goryczy trucizny i licznych prześladowań, aby oszukać dziecinną miłość zmysłową, która ze strachu przed goryczą zmusi cię do porzucenia słodkiego mleka łaski, jakie wypłynie po twoim przybyciu. A ja cię proszę, Ojcze Święty, w imię Chrystusa Ukrzyżowanego, nie bądź bojaźliwym dzieckiem, lecz odważnym mężczyzną. Otwórz szeroko buzię i połknij gorzkie z myślą o słodkim [4]. Nie przystoi Waszej Świątobliwości porzucić słodkie mleko z powodu goryczy. Ufam, że jeśli tylko zechcesz, niezmierzona i nieskończona dobroć Boża obdarzy cię łaską i uczyni cię tak silnym i stanowczym człowiekiem, że nie zachwiejesz się pod wpływem żadnego wiatru ani pokus szatana, ani rad wcielonego diabła, lecz pójdziesz dzielnie za wolą Boga, swoim dobrym pragnieniem oraz za radą sług Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego.

Nic już więcej nie powiem. Kończąc, powiem tylko, że listu do Waszej Świątobliwości nie napisał ten sługa Boży, o którym mówiono [5] ani też nie wysłano go z daleka, lecz — jak sądzę — z bliska, a napisały go owe sługi szatana, co nie boją się Boga. Gdybym wiedziała, że list napisał rzeczywiście ten człowiek, nie nazywałabym go sługą Bożym, nawet gdybym nic więcej o nim nie wiedziała. Wybacz mi, drogi Ojcze Święty, moją zarozumiałą mowę. Pokornie cię proszę, abyś mi wszystko wybaczył i udzielił swego błogosławieństwa.

Wytrwaj w świętym i błogim umiłowaniu Boga. Proszę Jego nieskończoną dobroć, żeby jak najszybciej udzielił mi tej łaski i abym już wkrótce mogła zobaczyć, jak — dla chwały Bożej, a ukojenia duszy i ciała — wystawiasz nogę za próg komnaty [6]. Proszę cię też, miły mój Ojcze, udziel mi audiencji, kiedy tylko spodoba się Waszej Świątobliwości. Zanim odejdę z tego świata, chciałabym jeszcze znaleźć się przed twoim obliczem. Czas jest krótki, chciałabym więc, aby stało się to jak najszybciej i tam, gdzie się tobie spodoba. Jezu słodki, Jezu miłości.



1/ Por. Mt 7,15.

2/ W Awinionie rozpuszczono pogłoski, jakoby we Włoszech przygotowano już truciznę dla papieża. Otrzymał on też anonimowy list, napisany rzekomo przez człowieka cieszącego się opinią świętości, a informujący papieża o przygotowanym spisku na jego życie. Św. Katarzyna, dyktując ten list, miała chyba przed sobą anonim i starała się zbijać po kolei jego argumenty.
 
3/ Por. J 18,14.

4/ Katarzyna używa sformułowania używanego przez matkę wobec małego dziecka.

5/ Mówiono papieżowi, iż list napisał brat Pietro d'Aragona, franciszkanin cieszący się zaufaniem Grzegorza XI.